Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk:
- Marlena! Marleeenaaa!
Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze:
- Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka!
- Marlena! Marleeenaaa!
Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze:
- Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka!
Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł.
Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od pani Kretowskiej, nie da się po prostu nie usłyszeć i nie dowiedzieć. Ludzie mówią, że mamy w bloku dwa światłowody. Pierwszy, to ten od Orange, a drugi to pani Kretowska. Oba przesyłają informacje w tempie błyskawicy.
Z opowieści pani Kretowskiej wynikało, że historia była następująca. Marlena to córka Kretowskiej. Studiuje obecnie na politechnice budowę silników rakietowych i ma w tej dziedzinie poważne osiągnięcia. Zaprojektowała jakiś element rakiety, którą ESA ma w przyszłości wykorzystać do nowych projektów (dokładnie nie opowiem o co chodzi, bo się nie znam). Marlena znana jest również u nas z tego, że przeważnie chodzi po osiedlu w japonkach. W różnych wariantach kolorystycznych. Trzeba również dodać, że robi to niezależnie od pogody. Trochę jak Mark Zuckerberg, który w czasach studenckich biegał w klapkach po Harvardzie.
Osiedlowy pseudonim Marleny do Rakieta. Funkcjonuje od tak dawna, że większość sąsiadów nie ma pojęcia, jak ona ma na imię. Kiedy usłyszeliśmy, że jakiś człowiek woła pod balkonami Marlenę, to nikt nie wiedział o kogo chodzi. Tym krzyczącym okazał się chłopak Rakiety, czyli Pablo. Tak naprawdę ma na imię Paweł, ale to akurat wszyscy wiedzą, bo nietrudno zgadnąć. Rakieta i Pablo znają się od podstawówki, a od liceum są parą.
Jakiś czas temu, do Pabla zadzwoniła niejaka Justyna, koleżanka z liceum. Podobno chciała kontakt do jakiegoś tam kolegi, potem potrzebowała pomocy przy przeprowadzce, a potem to już dzwoniła po kilka razy dziennie i nie wiadomo co chciała. Pablo natomiast dał się ponieść emocjom i też bez przerwy do Justyny wydzwaniał. Oczywiście Rakiecie o tym nie powiedział, bo to niby nic takiego.
No i któregoś dnia, Rakieta zrobiła Pablowi awanturę, że się z tą Justyną kontaktuje i do niej po kilka razy dziennie dzwoni. Stwierdziła, że ma dowody, bo widziała to wszystko na billingach (numer Justyny znała, bo to również jej koleżanka z tego samego liceum). Pablo zaczął wtedy kontrawanturę, bo niby skąd Rakieta ma jego billingi. Zarzucił, że go szpieguje i na pewno pozyskała te billingi nielegalnie i on tego tak nie zostawi. Zrobił jak zapowiedział i złożył kilka skarg oraz zawiadomień.
Zgłosił skargę do operatora, że na pewno ktoś z pracowników przekazał jego billingi osobie trzeciej (tak w tych wszystkich skargach nazywał Rakietę), zgłosił zawiadomienie na policję, że osoba trzecia weszła w posiadanie jego danych, a także wystosował skargę do Urzędu Ochrony Danych Osobowych, że trzeba operatora oraz tą osobę trzecią przykładnie ukarać.
Pablo w tym swoim szale składania skarg i zawiadomień, zapomniał o jednym, ale bardzo ważnym szczególe. Numer, z którego od wielu lat korzystał, od samego początku zarejestrowany był na Rakietę. Kiedyś tak zrobili, bo była jakaś promocja i wyszło im, że tak będzie taniej. W związku z tym, Rakieta (jako właścicielka numeru) cały czas miała dostęp do billingów. Sprawdziła w aplikacji i okazało się, że jakiś numer ciągle się powtarza. Wpisała go do swojego telefonu i w ten sposób wyskoczyła jej Justyna.
Dalej możecie się już domyślać, co się stało. Pablo musiał wycofać wszystkie skargi oraz zawiadomienia i rozpoczął mozolny proces przepraszania (za Justynę i za te skargi oraz zawiadomienia właśnie). Oczywiście Rakieta nie dawała się tak łatwo przeprosić, więc wymyślał coraz dziwniejsze sposoby. Najpierw były kwiaty, czekoladki oraz zapewnienia, że to się więcej nie powtórzy. Potem wiersze miłosne (podobno Chat GPT-4 mu napisał), prezenty niespodzianki pod drzwiami i wreszcie te okrzyki pod oknem.
Z opowieści pani Kretowskiej wynika również, że następnego dnia wynajął meksykańskich mariachi i pojawił się z nimi pod balkonem Rakiety, aby wykonali dla niej serenadę o wędrówce przez góry w poszukiwaniu prawdziwej miłości (podobno Rakieta jest fanką wszystkiego co meksykańskie i tym właśnie Pablo chciał skruszyć lód w jej sercu).
Nie wiem, czy mariachi okazali się skuteczni, bo następnego dnia akurat pracowałem w biurze. Nie wiem również, jak na to wszystko zareagował pan Mikołaj, ale sądząc po tym, że nie słyszałem, żeby u nas na osiedlu ostatnio jakiś Meksykanin stracił życie, mogę się domyślać, że pan Mikołaj mógł być akurat wtedy w warzywniaku.
Komentarze
Prześlij komentarz