Przejdź do głównej zawartości

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio.


Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam:

- Można jeszcze dzisiaj?

Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia:

- Można.


Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie prowadzili ożywioną dyskusję. Widać było, że znają się od wielu lat. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Jak to starzy znajomi. Starałem się nie słuchać, ale robili to tak głośno, że trudno było skupić się na czytaniu.


Nagle do środka wszedł jakiś facet i pyta:

- Można?

Fryzjer rzucił na niego jednym okiem. Drugim zerknął na wiszący na ścianie zegar i mówi:

- Dziś już nie da rady. Jak coś, to zapraszam jutro. Ok?

- No trudno. Spróbuję jutro.

Facet odwrócił się na pięcie i wyszedł.


Kilka minut później fryzjer skończył strzyc klienta i na fotel usiadł młody chłopak.

- Jak strzyżemy? – zapytał fryzjer.

- Na Messiego – odpowiedział chłopak.

- Ale którego Messiego? Z jakich lat?

- Tego obecnego. Z Miami.

Dla niewtajemniczonych wyjaśniam. Leo Messi (to taki piłkarz, ale to chyba wszyscy wiedzą) na przestrzeni lat miał różne fryzury w różnych klubach. Młodzi chłopcy chcą wyglądać jak on, ale fryzjer musi dopytać, żeby potem nie było reklamacji.


Chłopak wskoczył na fotel, a ja usiadłem na jego miejscu na kanapie. Do salonu wszedł kolejny potencjalny klient i pyta:

- Można jeszcze dzisiaj?

Fryzjer jednym okiem zerknął na zegar, drugim na tego typa (nie wiem, jak on to robił) i mówi:

- Dziś już nie da rady. Jakby co, to zapraszam jutro. Ok?

- A nie zdąży pan dzisiaj? Jutro jadę na wesele i mi zależy żeby dzisiaj…

- No niestety. Jeszcze mam tych klientów (jedno oko popatrzyło w naszą stronę), a jestem dziś do 18:00 (drugie oko na zegar). Także zapraszam jutro rano.

- Jutro rano to nie dam rady. Trudno, spróbuję gdzie indziej – odpowiedział niedoszły klient i wyszedł.


Kilkanaście sekund później, drzwi ponownie się otworzyły i do środka wszedł następny chętny.

- Można? – zapytał krótko.

- Jasne, proszę wejść – odpowiedział fryzjer (nie patrząc na niego nawet jednym okiem).

Pomyślałem sobie: ale jak to? Dwóch poprzednich odprawił z kwitkiem, bo nie zdąży, a tego nagle zdąży? Z drugiej strony, to prywatny zakład. Obsługuje kogo chce i kiedy chce.


Moi towarzysze na kanapie pomyśleli jednak coś zupełnie innego. Wielki facet z łańcuchem zaczął ostentacyjnie pufać i kręcić głową, a starszy pan z laską krzyknął do fryzjera:

- Panie, jak tak można!? Tamtych dwóch pan nie przyjął, a tego przyjmujesz?

- Właśnie! – krzyknął starszy pan bez laski. – To jest jawna niesprawiedliwość!


Fryzjera jakby zamurowało. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Oczy zaczęły mu latać na różne strony i wyraźnie nie wiedział co powiedzieć.

- Ja wychodzę! – stwierdził starszy pan z laską. – Chodź Stefan. My tego tak nie zostawimy – rzekł do kolegi i obaj wyszli, trzaskając drzwiami.


Pomyślałem sobie, że nawet dobrze. Dwóch mniej w kolejce, a zatem wcześniej wrócę do domu. Moja radość nie trwała jednak zbyt długo. Kilka minut później, na zewnątrz ktoś zaczął głośno krzyczeć. Wszyscy spojrzeliśmy przez okno. Na chodniku zebrało się kilkanaście osób. Dwaj starsi panowie przyprowadzili chyba

swoich kolegów, bo widać było, że ewidentnie dyrygują tym zgromadzeniem.


Prawie wszyscy trzymali w rękach jakieś przedmioty. Kilka osób miało kije. Jeden trzymał chyba widły, albo mopa (było już ciemno, więc nie wiem dokładnie). Wydawało mi się, że widziałem również siekierę. Jednym słowem, zrobiło się niewesoło. Całe to towarzystwo było bardzo wkurzone i głośno krzyczało:

- Sprawiedliwość!! Sprawiedliwość!

A chwilę potem:

- Konstytucja! Konstytucja!


- Konstytucja? – zapytałem zdziwiony. – A co konstytucja ma wspólnego z fryzjerem?

- Jak to co? – odpowiedział wielki facet ze złotym łańcuchem. – A wolność, równość i braterstwo? To chyba jest w konstytucji, nie?!

Oho, jakiś politolog się trafił. Do tego wielki, z grubym łańcuchem i ewidentnie wkurzony. Nie chciałem polemizować, więc rzuciłem krótko:

- No… tak, tak. Konstytucja to ważna rzecz, Bing.

- Jaki Bing?

- Eeee… nieważne.


Fryzjer najwyraźniej zaczął obawiać się o swoje życie, bo strasznie zbladł.

- Panowie, lokal na dzisiaj zamknięty – mówi do nas drżącym głosem.

- Ale jak to? - Obruszył się młody chłopak, który był właśnie w trakcie strzyżenia. – A moja fryzura?

- Już jesteś jak Messi. Tylko nie ten współczesny, ale taka wczesna Barcelona.

- To już niemodne! Jak ja się w poniedziałek w szkole pokażę?


Negocjacje pewnie trwałyby dłużej, gdyby nie to, że facet z łańcuchem nagle wstał. Wszyscy zamilkli i czekali na najgorsze.

- A chrzanić to wszystko! – krzyknął sam do siebie (właściwie to użył zupełnie innych słów, ale nie będę ich tu cytował, bo mi Blogger posta zablokuje).

Wyszedł na zewnątrz i mówi do tych krzykaczy:

- Cisza!! Zapraszam wszystkich do domów - (tutaj też użył innego słowa, takiego co się zaczyna na „wy” i kończy na „ać”).


Nagle zrobiło się zupełnie cicho. Protestujący opuścili kije, widły i mopy i ze spuszczonymi głowami odeszli z miejsca zgromadzenia. Widocznie uznali, że zapisane w konstytucji prawa, nie są warte konfrontacji z wielkim, nieostrzyżonym, wkurzonym i obwieszonym złotem facetem.


Dalej wydarzenia potoczyły się następująco. Fryzjer dokończył fryzurę na współczesnego Messiego, ogolił na łyso faceta ze złotem, ostrzygł mnie… A potem to już nie wiem. Zapłaciłem i wróciłem do domu.


Od tamtej pory, nie chodzę już do tego fryzjera. Mimo, że jest solidnie i tanio.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...