Przejdź do głównej zawartości

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę.

Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca.

Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczykijstwa) w najdalsze zakątki świata.

Nie znaliśmy miasta, więc wymyśliliśmy następujący plan zwiedzania okolicy.
- Wychodzimy z hotelu w prawo i skręcamy w prawo w najbliższą ulicę - powiedział Grzesiek.
- Potem znów w prawo, zrobimy kółko i przeskoczymy o jedną ulicę dalej - dopowiedziałem.
- Dokładnie tak. Obejdziemy cały hotel i zrobimy taką spiralę.

Nie zdążyliśmy jeszcze oddalić się zbyt daleko od hotelu, kiedy naszym oczom ukazał się przedziwny widok. Z podziemnego przejścia wyszła naga kobieta. Była dosyć niska, szeroka w biodrach, była Indianką i była zupełnie naga!
- Widziałeś? - zapytał Grzesiek.
- Yhy.
Spojrzeliśmy na siebie i niemal jednocześnie ruszyliśmy za nią. Szła chodnikiem i skręciła za róg. My również skręciliśmy za nią i znów nas zamurowało.

Obraz był następujący. Przez przejście dla pieszych przechodziło kilkadziesiąt osób. Wszyscy byli nadzy. Chodzili tam i z powrotem i w ten sposób blokowali ruch uliczny. Mężczyźni w miejscu przyrodzenia mieli przyczepione zdjęcie jakiegoś polityka (dzięki czemu zasłaniali swoje “przody”). Kobiety nic nie miały przyczepione (i niczego nie zasłaniały). Oprócz chodzenia po pasach, wszyscy ci Indianie nosili jakieś transparenty. Poza tym, grali na takich małych bębenkach i coś razem krzyczeli.

- Masz, będziesz robił zdjęcia - powiedział Grzesiek i podał mi swój aparat.
W tym miejscu pragnę przypomnieć, że rzecz działa się w 2007 roku. Nie mieliśmy wtedy smartfonów, a na wyprawę do Meksyku zabraliśmy ze sobą takie małe aparaty cyfrowe (potocznie zwane “małpkami”).
- A Ty, gdzie się wybierasz? - zapytałem.
- Idę do nich. Też będę protestował!

Grzesiek zostawił mnie z tym małym aparatem i pobiegł na pasy. Należał do osób, które dosyć szybko nawiązują kontakty. Po jakiejś minucie, trzymał w ręku pożyczony bębenek (w który ochoczo walił ręką), chodził z Indianami po pasach i krzyczał:
- Solidarność! Solidarność!
Bałem się, że zaraz, w ramach pogłębienia nowo nawiązanej przyjaźni, rozbierze się do naga, aby jeszcze bardziej wczuć się w rolę. Na szczęście, tak bardzo skoncentrował się na tym bębenku (aby równo wybijać rytm), że nie przyszło mu to do głowy.

Ja w tym czasie stałem trochę z boku i robiłem zdjęcia. Nagle, z drugiej strony ulicy podjechały radiowozy policyjne. Dwa osobowe i jeden taki bus (chyba więźniarka, czy coś takiego). Wyskoczyło z nich kilkunastu funkcjonariuszy i zaczęli coś do tych protestujących krzyczeć. Pobiegli w ich kierunku wymachując wielkimi, gumowymi pałkami. Indianie rozbiegli się dookoła, a Grzesiek jak w transie, stał i krzyczał:
- Solidarność! Solidarność!
Darł się w niebogłosy i walił w ten swój pożyczony bębenek.

Policjanci nie zdążyli złapać żadnego, nagiego Indianina, więc wszyscy rzucili się na Grześka. Chwycili go za ręce i nogi i zaciągnęli do tego swojego busa. Grzesiek poczuł się chyba jak Mel Gibson w filmie Braveheart, bo zaczął krzyczeć:
- Freeedom!
A zaraz potem, do mnie:
- Rób zdjęcia! Rafał, rób zdjęcia!

Byłem w takim szoku, że stałem jak sparaliżowany. Widziałem tylko, że jak go wrzucali do tej więźniarki, to jedną ręką zdołał pokazać jeszcze znak victorii, a w drugiej trzymał ten swój pożyczony bębenek. Policjanci zamknęli drzwi, zapakowali się do radiowozów i odjechali. Przez chwilę nawet ich goniłem. Chciałem zobaczyć dokąd go zawiozą, ale po dwóch minutach straciłem ich z oczu.

Pomyślałem sobie, że no pięknie. Teraz to żeśmy się wpakowali. Członek wyprawy aresztowany i nie wiem gdzie jest, wieczorem mamy autobus do Oaxaca, reszta ekipy podziwia sztukę w muzeum Fridy, a ja sam na ulicy z aparatem, zawierającym dowody zbrodni. Najpierw chciałem zacząć Grześka szukać, spróbować zadzwonić do ambasady, albo może do kogoś do Polski. Zastanawiałem się, gdzie takie przypadki powinno się zgłaszać. MSZ, CBA, ABW?

Po krótkim przemyśleniu sprawy, stwierdziłem, że najpierw wrócę do hotelu i obejrzę w spokoju te zdjęcia, które udało mi się zrobić (może pokażę je potem komuś w ambasadzie jako dowód). Poszedłem trochę okrężną drogą. Byłem głodny, więc zahaczyłem o ulicę, gdzie stał comedor (taka kuchnia na kółkach). Zjadłem kilka tacosów i udałem się do hotelu.

Tuż obok recepcji był bar i mała restauracja. Spojrzałem w tamtym kierunku i widzę: Grzesiek siedzi sobie w towarzystwie dwóch mężczyzn i spokojnie popija z butelki piwo Corona. Podbiegłem do niego i krzyczę:
- A co Ty tutaj robisz!?
- O Rafał, jesteś wreszcie. To jest pan Bronisław. Polak, ale mieszka na stałe w Argentynie. - powiedział Grzesiek wskazując na starszego pana - A to jego syn - dodał, pokazując ręką na mężczyznę w średnim wieku.
- Dzień dobry - przywitał się pan Bronisław.
- Dzień dobry. Wszystko pięknie, ale jak Ty się tu znalazłeś? - krzyknąłem do Grześka. - Przecież aresztowała cię policja!
- Aresztowali, ale zaraz wypuścili.
- Jak to wypuścili?

Grzesiek upił trochę Corony i wyjaśnił:
- Powiedziałem im, że soy polaco y tengo poco dinero - (jakby kto nie znał hiszpańskiego, to można w razie czego w googlach przetłumaczyć)
- A oni do mnie wtedy: Polaco, polaco! Papa Giovanni Pablo Segundo! Papa! Papa!
- I co? I Cię tak po prostu wypuścili? - zapytałem.
- Nie tylko wypuścili, ale podrzucili do hotelu i nawet oddali bębenek. Masz, wypij piwo i pójdziemy poszukać tej nagej Indianki, aby go zwrócić - powiedział Grzesiek i postawił przede mną na stoliku zimną Coronę.

Wieczorem pozostała część naszej ekipy wróciła z muzeum Fridy. Opowiedzieliśmy im naszą przygodę, ale nam nie uwierzyli. W nocy wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy do Oaxaca.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...