Przejdź do głównej zawartości

San Cristóbal de las Casas

Targowisko w San Cristóbal de las Casas to bardzo urokliwe miejsce. Podoba się głównie turystom, którzy chcieliby zaopatrzyć się w jakieś ładne pamiątki lub prezenty dla znajomych. Wybór rzeczywiście jest ogromny. Wisiorki, bransoletki, kolczyki, naszyjniki i korale, to tylko niektóre elementy biżuterii, którą można tam kupić. Poza tym są kolorowe szale, poncza, serwety, swetry oraz czapki. Do tego dochodzi jeszcze asortyment prezentujący kulturę Majów (a więc wszelkiego rodzaju maski, figurki, wyroby z obsydianu, kolorowe malowidła itp.). Nie brakuje także ręcznie robionych miniaturek, przedstawiających Zapatystów – rewolucjonistów ze stanu Chiapas, których idee są nadal żywe wśród miejscowej ludności.

Należy również zauważyć, że wszystkie te wyroby są naprawdę bardzo tanie. Sprzedają je głównie biedni Indianie, a ceny są czasami wielokrotnie niższe niż np. na Jukatanie. Mało tego. O każdą, najmniejszą nawet rzecz, można się jeszcze targować. Jednym słowem, kupuje się bardzo dużo za bardzo mało. Można powiedzieć, że to raj dla kupujących.

Wystarczy jednak udać się na targowisko bardzo wcześnie rano (tuż po wschodzie słońca), aby przekonać się, że z rajem miejsce to ma niewiele wspólnego. Ci ludzie są naprawdę bardzo biedni. Niektórzy z nich śpią w miejscu gdzie sprzedają swoje wyroby, czyli na betonowej płycie chodnikowej. Otoczeni swym dobytkiem przeznaczonym na handel oraz unoszącą się w powietrzu nadzieją. Nadzieją, że następnego dnia przyjdą tu turyści, którzy kupią jakiś wisiorek, serwetę, czy też ręcznie zdobiony pasek do spodni. Kupią za niewielką przecież cenę, często nie współmierną do pracy i wysiłku jaką ludzie ci wkładają w wykonanie rzeczy przeznaczonych na handel.

Kiedy poszedłem tam następnego dnia, nie miałem już siły i ochoty się targować. Nie chciałem po prostu.















Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...