W Pisté zatrzymaliśmy się na jedną noc. Naszym celem było zwiedzenie ruin Chichen – Itza. Po wieczornym pokazie „światło – dźwięk” wróciliśmy do naszego hotelu „Piramide Inn Resort”. W hotelu był basen. A właściwie przed hotelem. Bardzo ładnie wkomponowany w otaczającą roślinność. Poszliśmy więc popływać. Świecące przez cały dzień słońce zadbało o odpowiednią temperaturę wody, która wieczorem była cieplejsza od powietrza. Wskoczyliśmy do basenu. Obok znajdowała się miniaturka jakieś piramidy (hotel nazywał się przecież „Piramida”). Wszystko było bardzo ładnie podświetlone i w nocy robiło niesamowite wrażenie. Jeden z członków naszej wyprawy postanowił przyjrzeć się tej piramidzie z bliska. Wyszedł z basenu i poszedł w jej kierunku. Kiedy wrócił, przyniósł pomarańcze. Rosły obok piramidy. Pyszne były.
Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...
Komentarze
Prześlij komentarz