Przejdź do głównej zawartości

Muzycznie zakręcony

Przyznaje się. Jestem muzycznie zakręcony. Wprawdzie teza ta została już dawno temu postawiona przez moich znajomych, ale do tej pory nie chciałem przyjąć jej do wiadomości. Uciekałem przed nią, chowałem się. Nie dopuszczałem tej myśli do siebie, ignorowałem ją. Stawiałem jej zapory, niczym program antywirusowy trojanom, aby nie mogła dotrzeć do mojej wrażliwej mózgownicy. No bo, co to niby znaczy, że ktoś jest zakręcony? A do tego wszystkiego jeszcze muzycznie na dodatek?

Sam przymiotnik „zakręcony” funkcjonuje w naszej mowie potocznej już od dawna. Oczywiście nie chodzi mi tu o jego dosłowne znaczenie. Często mówimy, że ktoś jest zakręcony. Czasami nawet dodajemy: zakręcony jak chiński termos, jak baranie rogi, jak słoik od ogórków. Reni Jusis śpiewała, że jest zakręcona, ale wtedy nie do końca rozumiałem o co jej chodzi.

Kilka dni temu wszystko się zmieniło. Otóż, zupełnie niechcący i całkowicie przypadkowo, sam sobie udowodniłem ową tezę. Zauważyłem, że kiedy gram na mojej gitarze elektrycznej, to już po kilku minutach radosnego dźwięków wydobywania, niesamowicie skręca mi się kabel. A właściwie to ja się kręcę, doprowadzając go do takiego właśnie stanu. Jaki z tego wniosek? Jestem muzycznie zakręcony!

Mógłbym przejść nad tym do porządku dziennego, ale to nie jest wszystko takie proste. Czuję się trochę tak, jak oficer Floty Kolonialnej z serialu „Battlestar Galactica” (oglądali Państwo?), który nagle dowiaduje się, że jest Cylonem. A do tego, niczym „Szef” Tyrol, sam sobie udowadniam myśl, która przez dłuższy czas nie dawała mi spokoju.
Poza tym, nie wszystko jeszcze jest do końca wyjaśnione. Pojawiły się nowe wątpliwości.

Zauważyłem, że kabel za każdym razem poskręcany jest tak samo, a zatem oznacza to ni mniej, ni więcej jak to, że zawsze kręcę się w tę samą stronę, a mianowicie – w lewo. Dlaczego akurat w lewo? Moim zdaniem ma to coś wspólnego z ruchem naszej planety. Myślę, że na półkuli południowej byłbym zakręcony w prawo. Muszę jednak to jakoś udowodnić, dlatego też, jeśli ktoś z Państwa zna instytut lub organizację, która byłaby zainteresowana takimi badaniami (do National Geographic już w tej sprawie napisałem) i mogłaby sfinansować moją wyprawę na południe, to proszę o kontakt. Sponsorzy prywatni również mile widziani.

Aha! Mam jeszcze jedną tezę do udowodnienia. Uważam, że tego rodzaju zakręcenie może być nieco zniekształcone po konsumpcji napojów rozweselających serce i wyostrzających umysł. Kto wie, może po spożyciu będę zakręcony z góry na dół? Myślę, że napoje te, mogą również wpływać na intensywność mojego zakręcenia. Będę zatem potrzebował ochotnika lub ochotniczkę do pomocy przy testach (głównie do wspólnego spożywania). Są chętni? Proszę się nie bać. Jak dobrze pójdzie, to obiecuję podzielić się nagrodą pieniężną za Nobla.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...