Przejdź do głównej zawartości

Ten pierwszy raz

„Pierwszy raz” wbrew pozorom może być nierozerwalnie związany z muzyką. Można by zrobić jakiś ranking piosenek, które się z „pierwszym razem” nieodzownie kojarzą, lub, które w czasie „pierwszego razu” były odtwarzane najczęściej. Swoją drogą, byłby to ciekawy temat na pracę magisterską lub doktorską nawet. Ale dywagacje te zostawiam magistrantom muzykologii, psychologii, seksuologii oraz nauk pokrewnych, ponieważ dzisiaj nie o takim „pierwszym razie” będzie.  


Jakiś czas temu byłem na weselu kolegi. Pierwsze toasty, życzenia, przywitania, no i tradycyjnie – pierwszy taniec. Nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie fakt, że państwo młodzi, swój pierwszy, weselny taniec przedreptali do piosenki „Windą do nieba” zespołu Dwa Plus Jeden. Muszę przyznać, że zdziwiłem się podwójnie. Nie dość, że tekst piosenki ma się nijak do przyszłości i szczęśliwej miłość, to przecież tyle razy z moim kumplem (panem młodym) kiedyś na ten temat dyskutowałem. No i co? 


Spostrzeżeniem tym postanowiłem podzielić się z moimi stolikowymi sąsiadami. Pani siedząca naprzeciwko (jak się potem okazało, kuzynka panny młodej) stwierdziła, że to bardzo ładna piosenka i że ona nie rozumie moich zastrzeżeń. Za to pan siedzący obok niej (jej mąż), poparł moje argumenty. Polaliśmy na znak przymierza.


Przez następne pół godziny próbowałem wytłumaczyć pani, że w piosence tej, zrozpaczona kobieta pisze ostatni list do swego ukochanego, informując go, że wychodzi za mąż za mężczyznę, którego nie kocha. Piosenka jest o nieszczęśliwej, niespełnionej miłości. „No ale przecież to jest taka ładna piosenka”. Normalnie jak kulą w płot! Musiałem się napić.


Żadne argumenty do mojej sąsiadki z naprzeciwka nie trafiały. Tak się zdenerwowałem, że aż mi zupa wystygła. Jej mąż ponownie przyznał mi rację, narażając się na potężnego kuksańca ze strony swojej przemiłej małżonki. Właściwie, nie licząc męża kuzynki panny młodej, to nikt z mojej stolikowej załogi totalnie nie rozumiał o co mi chodzi. Polaliśmy zatem po raz trzeci i przypieczętowaliśmy nasz sojusz.


Dalsze tłumaczenie i przekonywanie nie miało sensu. Zajęliśmy się typowo weselnymi czynnościami: jedzeniem, piciem, tańczeniem i śpiewaniem. Do tematu wróciłem już po oczepinach, gdzieś w okolicach drugiego dania gorącego.


Zaczepiłem pana młodego i się grzecznie zapytałem, co to za manianę z tym pierwszym tańcem na początku odwalili. 

- Ja  wiem, że to bez sensu ta piosenka i że głupota straszna, ale dla dobra sprawy postanowiłem się poświęcić.

- Jakiej sprawy?

- A bo widzisz. Krysia bardzo lubi tę piosenkę. Obiecała, że jak zatańczymy do niej pierwszy taniec, to na nasz, pierwszy, wspólny wyjazd małżeński (tzw. miesiąc miodowy) będzie pod pewnymi względami podobny do pierwszej, wspólnej wyprawy pod namioty.


Proszę Państwa. O tym co się działo podczas tej wyprawy pod namioty, opowiedzieć tutaj nie mogę. Ale powiem jedno. Czasami warto się poświęcić.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...