Przejdź do głównej zawartości

Sylwestrowy zawrót głowy

No i mamy sylwestra. Dla niektórych upragniony i długo wyczekiwany, a dla innych po prostu normalny dzień jak co dzień. Moja koleżanka powtarza co roku, że ona nie rozumie tego całego sylwestrowego zamieszania. Normalna noc, tyle tylko, że o północy, ludzie z niezrozumiałych powodów wykazują trochę więcej radości niż zazwyczaj.


Sylwestra spędzam zwykle ze znajomymi na tzw. prywatkach. Na żadne bale i tego typu zawody nie chodzę, ponieważ jakoś specjalnie nigdy nie było mi po drodze. Za to u kogoś (albo u mnie) w domu, jak najbardziej tak! Jako stały bywalec tego typu sylwestrowych hulanek, zauważyłem pewien schemat, który to na prywatkach noworocznych powtarza się za każdym razem. Całą imprezę podzielić można na kilka faz:


Faza pierwsza: zapoznawczo – segregująca

Następuje zwykle w pierwszej godzinie imprezowania. Wszyscy goście wzajemnie się poznają i dzielą najczęściej na dwie, nieformalne grupy: ekipę „pokojową” (to ci, którzy przeważnie okupują największy pokój, tańczą nieprzerwanie i innych to podskoków tanecznych nieustannie namawiają) oraz ekipę „kuchenną” (czyli goście, którzy większość czasu spędzają w kuchni, prowadząc poważne o życiu rozmowy).


Faza druga: polewająco – wstawienna

Większość gości jest już po tzw. pierwszym łyku (a niektórzy nawet już po drugim, albo trzecim). W tym momencie, często występuje wymieszanie ekipy „kuchennej” z „pokojową”. Zdarza się, że kilku „kuchniarzy”, po spożyciu niemałej już ilości płynów rozweselających, przychodzi do pokoju. Natomiast niektórzy, zmęczeni podskokami „pokojowcy”, idą odpocząć do kuchni.


Faza trzecia: nerwowo – wyczekująca

Wszyscy nerwowo zaczynają spoglądać na zegarek, co by przypadkiem północy nie przegapić. Zarówno w kuchni, jak i w pokoju trwają gorączkowe przygotowania do kulminacyjnego momentu. Kilka lat temu, zawsze jakieś 20 min. przed nadejściem Nowego Roku, włączany był w pokoju telewizor. Obecnie, przeważnie tego się już nie praktykuje.


Faza czwarta: szampańsko – podwórkowa

Tuż przed godz. 0:00 wszyscy chwytają butelki z szampanem i wybiegają przed blok (lub przed dom - zależy gdzie się impreza odbywa). Chociaż ostatnio to się zmienia i teraz modne stało się wychodzenie na balkon lub na taras. Następuje radosne odliczanie, polewanie i składanie życzeń noworocznych. Niestety, niektórzy nie wytrzymują tempa narzuconego w fazie drugiej i fajerwerków z fazy czwartej zobaczyć już nie mogą. Bardziej koleżeńscy towarzysze zabawy, nagrywają więc te całe kanonady na swoje komórki, żeby „odpadnięci” na drugi dzień zobaczyć mogli, co stracili.


Faza piąta: noworocznie – zamulająca

Po powrocie do mieszkania, następuje pewnego rodzaju odprężenie. Najważniejszy moment mamy już za sobą. Powiększa się zdecydowanie ekipa „pokojowców”. Z reguły jest to kulminacyjny moment zabawy. Najlepsze podskoki, wygibasy i figury taneczne udają się właśnie wtedy. Jest to również faza bardzo męcząca, dlatego też, część imprezowiczów popada w tzw. zamulenie.   


Faza szósta: poranno – rozchodząca

Do tego momentu dochodzą tylko najwytrwalsi. Trzeba być nie lada zawodnikiem, żeby o poranku grzecznie się pożegnać i wyjść na pierwszy (nie nocny już) autobus. Najbardziej zdumiewają mnie zatwardziali „kuchniarze”, którzy aż do fazy szóstej, nieustannie, poważnie w kuchni o życiu rozmawiają.  


Faza siódma: O rety! Jak mnie boli głowa!

Zazwyczaj nie omija nikogo. Jest to przeważnie pierwsza myśl po przebudzeniu w Nowym Roku.


Tak mniej więcej najczęściej to wygląda. Oczywiście nie wszyscy przechodzą przez te wszystkie fazy. Znam takich, którym zdarzyło się z drugiej przeskoczyć od razu do siódmej! Niby szybko i gładko wszystko poszło, ale już niekoniecznie potem bezboleśnie. Poza tym, zbyt dużo jest do stracenia. Dlatego nie polecam.


Życzę państwu udanego sylwestra i dotrwania do co najmniej fazy czwartej, aby chociaż te fajerwerki na niebie (a nie potem na zdjęciach w telefonie) zobaczyć.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...