Przejdź do głównej zawartości

Globalizacja jest… muzyczna

Michel Teló – „Ai Se Eu Te Pego”. Znacie? Jestem przekonany, że tak. Nawet jeśli nie lubicie, nie podoba się wam, wnerwia was, to jednak na pewno żeście słyszeli, a może i teledysk nawet widzieli. Ponad 180 mln wyświetleń na YouTubie robi wrażenie. Chociaż z drugiej strony, czy to naprawdę takie dziwne? W społeczeństwie informacyjnym, w epoce Internetu i szybkiej komunikacji, tego typu kariery zrobione w sieci są już chyba zupełnie naturalne. Niezależnie, czy wykonawca zostaje potem światową gwiazdą muzyki (Adele), czy pozostaje jedynie hitem jednego sezonu (obstawiam, że u nas piosenka Michela Teló takim właśnie będzie).


Ale nie o tym dzisiaj chciałem. Nie o karierach muzycznych w Internecie. Inna sprawa zaprząta moje myśli i spaceruje po rozgrzanej do czerwoności mózgownicy. Otóż, za sprawą „Ai Se Eu Te Pego”, trochę zacząłem żałować, że żyję w dzisiejszych czasach, a nie np. w XIX wieku. No może ewentualnie jeszcze początek XX w. mógłby być. A dlaczego?


Byłem ostatnio w Göteborgu. Typowo turystyczny wyjazd. Jeden z takich, na który człowiek decyduje się pojechać, aby odpocząć, trochę się zabawić, wylogować na moment z rzeczywistości, naładować akumulatory nową energią i wrócić do domu pozytywnie odmienionym. Oczywistym wydaje się fakt, że wyjeżdżając w takim przypadku za granicę, nie chcemy słyszeć o tym, co się akurat u nas w kraju dzieje. Warto poznać nowych ludzi i zobaczyć nieznane miejsca. Posmakować zagranicznych smaków i zapachów. Wtedy człowiek naprawdę odpoczywa…


Tyle tylko, że okazuje się, iż nie jest to wcale takie łatwe do zrealizowania. Coś, co się powszechnie nazywa globalizacją, sprawiło, że wszystko na świecie staje się do siebie podobne. Różnorodność zanika i gdziekolwiek byśmy nie pojechali, to wszędzie jest praktycznie tak samo. Piosenka Michela Teló jest tego najlepszym przykładem. Jadę sobie w Göteborgu tamtejszym tramwajem. Do wagonu wchodzą dwie małe dziewczynki ze swoją mamą i nagle, ni z tego, ni z owego, zaczynają śpiewać: „Nossa, nossa. Assim você me mata…”, wykonując przy tym, ten znany z teledysku, taniec.


Powiecie, że do bardziej egzotycznych krajów trzeba w takim razie wyjeżdżać. No dobra. Ale po pierwsze – tam tanie linie nie latają, a po drugie – podobno nawet Indianie w amazońskiej dżungli noszą już T-shirty ze znaczkiem Nike, piją Coca-Colę i słuchają U2. Nie ma już „białych plam” na mapie współczesnego świata.


Dlatego w tamtej chwili, pomyślałem sobie, że chciałbym żyć w XIX, a nie w XXI wieku. W tamtych czasach, wyjeżdżając za granicę, na pewno nie usłyszałbym powszechnie znanej na całym świecie piosenki. W Szwecji jadłbym dania szwedzkie, a nie hamburgery w McDonaldzie. Piłbym szwedzkie piwo, a nie Carlsberga w irlandzkim pubie. Podróżując po Europie zachwycałbym się jej różnorodnością etniczną, kulturową, a także i smakową. A dzisiaj? Wszędzie te same sklepy, wszędzie te same, konsumpcyjne zwyczaje, to samo jedzenie, picie, a nawet i muzyka w radiu – też ta sama.


Szybko jednak przeszło mi to pragnienie ucieczki z XXI wieku. No bo w wieku XIX nie poleciałbym do Göteborga tanimi liniami. Nie zrobiłbym odprawy online. Nie mógłbym zapytać na forum internetowym o tanie noclegi i nie byłoby możliwości, aby sobie taki nocleg wcześniej zarezerwować. Nie znalazłbym interesujących mnie informacji turystycznych i za pewne nie wiedziałbym, jak dojechać do muzeum Volvo. No i z pewnością, wszyscy Szwedzi nie mówiliby po angielsku (tak jak teraz) i za cholerę bym się tam z nikim nie dogadał.


A, że piosenka…? W sumie, po odpowiedniej dawce hiszpańskiego wina (kupionego w szwedzkim sklepie monopolowym), to nie jest wcale taka najgorsza.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...