Przejdź do głównej zawartości

Każdy ma jakiegoś bzika

Oglądałem jakiś czas temu program w telewizji, do którego zaproszeni zostali fani Lenny’ego Kravitza oraz Britney Spears. Dlaczego akurat oni? Nie wiem. Nie oglądałem od początku, więc nie mam pojęcia, jaki był motyw przewodni. Co innego natomiast zwróciło moją uwagę. Otóż, ludzi tych, trudno nazwać fanami (w ogólnie przyjętym rozumieniu tego słowa). Ja bym powiedział, że to raczej są maniacy! Odjechani totalnie i mający na punkcie swoich ulubieńców wielgachnego bzika.


Mężczyzna po trzydziestce. Manager w dużej korporacji. Własny, samochód, mieszkanie, komórka, laptop… Jak to się dzisiaj mówi – gość dobrze sytuowany. Ściany w pokoju oblepione plakatami, na regale kolekcja płyt, zdjęcia, autografy i inne duperele. Na wszystkich jest jedna osoba – Britney Spears! Czy to jest normalne?


Podobna sytuacja była w przypadku fanki Lenny’ego Kravitza. Tak się zacząłem zastanawiać, na ile ci ludzie są fanami twórczości danego artysty, a na ile jego samego. Chociaż szczerze mówiąc, to jak można kogoś lubić (czy nawet uwielbiać), skoro się go nie zna osobiście? Czy w takim wypadku, nie lubimy tylko jego wizerunku wykreowanego w mediach?


No bo tak. Powiedzmy, że lubię zespół U2. Lubię ich piosenki, kupuję płyty, oglądam koncerty na DVD i jak bym tylko miał okazję, to na pewno na ich koncert na Stadionie Narodowym bym poszedł. Ale już guzik mnie to obchodzi, co Bono porabia w weekendy, ile The Edge miał żon, jakim Adam jeździ samochodem i czy Larry lubi sobie od czasu do czasu „chlapnąć dziabąga”. Nie wiem i nie interesuje mnie to. Lubię twórczość, a nie twórców. Nie znam ich, więc prywatnie, są mi po prostu obojętni.


Natomiast fascynacja gwiazdami muzyki, którą zobaczyłem w tym programie, była po prostu oszałamiająca. Ta kobieta wiedziała o Kravitzie dosłownie wszystko. O której przeważnie wstaje, czym jeździ, gdzie się ubiera, jakich perfum używa itp. Coś mi się wydaje, że jakby ją zapytać, ile razy Lenny podciera się, kiedy akurat przebywa w miejscu, gdzie nawet król chodzi piechotą – to też by to wiedziała. Nie krytykuję, ale trochę się dziwię.


Ja tego typu fascynacje przeżywałem, gdy miałem 7 lat. Wtedy moim idolem był Ultraman (nie mylić z Supermanem!). Obdarzony niezwykłą mocą superbohater, który walczy w kosmicznej wojnie z siłami zła, a konkretnie z flotą niejakiego Baracka. Do dziś pamiętam, jak z kolegą budowaliśmy statki kosmiczne z klocków, by potem, niczym niezwyciężeni Ultramani, rozpierdzielić tę złowrogą flotyllę w drobny mak. Szybko nam to jednak przeszło. Po obejrzeniu „Robina z Sherwood”, zrobiliśmy sobie łuki i pobiegliśmy „zabijać” kretowiska na pobliskiej łące. Najwyraźniej jednak, nie wszystkim tego typu fascynacje z wiekiem mijają.


P.S. A właśnie! Ma ktoś może na DVD lub na VHS jakieś odcinki „Ultramana”? Bo od lat tego szukam i nigdzie nie mogę znaleźć.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...