W zimowe poranki (a szczególnie te mroźne, ciemne, szare i z chlapą kojarzone), marzą mi się palmy, plaże, lazurowe wybrzeża i drinki z kokosów popijane. Chciałbym być gdzieś tam, daleko na południu, gdzie nie ma śniegu, mrozu, chmur na niebie i błotnistej paćki pod stopami, a mianowicie – w ciepłych krajach.
Zawsze zazdrościłem bocianom. Kiedy przychodzi zima (a zwłaszcza taka, jaka to właśnie teraz u nas jest), musimy martwić się o przeróżne sprawy, które zwykle wiążą się z jakimiś wydatkami. No bo tak. Ubranie na mrozy trzeba kupić. Stara kurtka się porwała, więc trzeba się w nową zaopatrzyć. Do tego czapka, rękawiczki, szalik, jakiś sweter gruby, spodnie, a ci mniej na mrozy odporni, to i jeszcze kalesonów potrzebują. A do tego wiadomo: za ogrzewanie – płacimy, za jedzenie, które w zimę w Polsce nie urośnie – płacimy. Jednym słowem, cała ta zima, to naprawdę wielki wydatek i problemów dostarczyciel niemały.
A taki bocian? Poleci sobie w tym czasie do Afryki i ma to wszystko (za przeproszeniem) w kuperku. Ileż to ja bym pieniędzy i nerwów zaoszczędził, gdybym był takim właśnie bocianem. Zamiast kurtek, czapek i szalików, to bym drinki w barze pod palmą sobie kupował. Żałuję bardzo, że nie powiódł się plan skolonizowania Madagaskaru. Nie wiem, czy żeście kiedyś o tym słyszeli, ale podobno Arkady Fidler, który pojechał tam podglądać życie tubylców i zbierać materiały do swojej książki, wykonywał przy okazji tajną misję zleconą przed polski rząd. Jego zadaniem było sprawdzenie ewentualnej możliwości skolonizowania wyspy. Niestety wojna uniemożliwiła realizację planu. A szkoda. Kupiłbym sobie dziś działeczkę na Madagaskarze i niczym bocian na zimę do Afryki odleciał.
Kilka dni temu przestałem jednak zazdrościć tym poczciwym ptakom. Poszedłem na obiad do „Sahary”. Żadna tam wykwintna restauracja. Kebab zwykły tam sprzedają, ale za to atrakcji w środku co niemiara. Już na samym wejściu powitała mnie uśmiechnięta, bardzo ładna pani. Zanim dostałem swoje zamówienie, poczęstowano mnie aromatyczną herbatką, a do tego wszystkiego: rysunki, rzeźby, jakieś wiszące cuda i cudeńka, no i przede wszystkim – muzyka!
Generalnie muzyki arabskiej nie słucham. Podobnie zresztą bałkańskiej. Jakoś nie mogę. Nie wchodzi mi. Te dźwięki takie… no naruszające mój wewnętrzny spokój i wprawiające moje kiszki w niepewność i zakłopotanie. Ale, ale… Zupełnie inaczej na to reaguję, będąc w kraju, z którego muzyka się wywodzi. Jeżdżąc po Bałkanach, słuchałem tych dźwiękowych wygibasów całymi dniami. Podobnie w „Saharze”. Po wejściu do lokalu przeniosłem się na chwilę do innego świata. Nie było tam śniegu ani mrozu. Było słońce, sprzyjający człowiekowi klimat, pyszne jedzenie, wspaniała muzyka i cieplutka, okalająca zziębnięte ciało wędrowca, morska bryza. Poczułem się… jak bocian.
One też mają w Afryce swoją Saharę. Ale wcale im jej nie zazdroszczę, ponieważ ja mam lepszą! Na bocianowej Saharze jest tylko mnóstwo piachu i wiatr od czasu do czasu zawieje. U mnie natomiast: jedzenie, klimat, muzyka… no i ta piękna pani, która już od samego wejścia, za każdym razem, tak przemiło się do mnie uśmiecha.
Komentarze
Prześlij komentarz