Przejdź do głównej zawartości

Wielkanocne „Last Christmas”?

„Kurczaczki, kurczaczki w stodole były, malutką dziureczką powychodziły. Widziałeś chłopczyku? Widziałem panie, malutką dziureczką patrzyłem na nie.” Tak sobie kiedyś pod nosem śpiewałem. Obecnie (czyli jakieś dwadzieścia kilka lat później), pomyślało mi się, że mogłaby to być fajna piosenka na Wielkanoc! No dobra. Tekst nie jest może jakiś wybitny, ale znacie lepsze?


„Last Christmas” duetu Wham!, kojarzą chyba wszyscy. A zwłaszcza ci, którzy kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem, chociaż przez jeden dzień słuchają jakiejkolwiek stacji radiowej. Nie sposób tej piosenki przegapić. Generalnie, w tym właśnie okresie, bardzo często w radiu katują nas wszelkimi, możliwymi utworami muzycznymi, w których motywem przewodnim są: Mikołaj, choinka, renifery, sanie, prezenty, opłatek, bombeczki, dzwoneczki, cukiereczki i różnorakie gadżety, ze świętami grudniowymi kojarzone.


A dlaczego nie ma takich hitów radiowych na Wielkanoc? Moim zdaniem, wszystkiemu winni są Amerykanie. Ja wiem, że większość świata ciągle za coś ich obwinia i staje się to powoli trochę nudne, ale ja obecnie winię ich właśnie za to. Za brak porządnych przebojów wielkanocnych! Wszystko przez to, że święta wielkanocne w USA obchodzone są trochę tak… po macoszemu. Trwają tylko jeden dzień i generalnie mało kto je zauważa. Dużo ważniejsze dla nich jest Boże Narodzenie, Święto Dziękczynienia, czy nawet Dzień Niepodległości.


Co innego natomiast w Meksyku. Wielkanoc jest zdecydowanie najważniejszym świętem w roku i obchodzone jest przez dwa tygodnie (ustawowo wolne od pracy i od szkoły)! Uliczne balangi, parady, zabawy w wesołych miasteczkach, pokazy sztucznych ogni, tańce, hulanki swawole… Gdyby to Meksykanie byli światową potęgą (nie tyle może militarną lub gospodarczą, ile kulturową), a Hollywood znajdowałoby się w Monterrey, a nie w Los Angeles, to coś mi się wydaje, że niejeden wielkanocny przebój w radiu moglibyśmy usłyszeć.


Trubadurzy nie śpiewaliby, że „Z kopyta kulig rwie”, tylko o tym, jak to zajączki sobie po polu wesoło kicają. Krzysztof Krawczyk na pewno zmajstrowałby jakiś przebój o kurczaczkach. Maryla Rodowicz śpiewałaby o barankach, a i Piotr Rubik jakieś oratorium by napisał z tej okazji zapewne. Lady Pank zamiast „Zimowego Graffiti” wydaliby płytę „Wiosenne jajeczka” i w piosence „Święta święta” w refrenie nie byłoby o choince, tylko o pisankach. Ale póki co, to Hollywood jest w Los Angeles i niestety, ale przebojów wielkanocnych raczej długo jeszcze nie będzie.


Na pocieszenie przyjmuję jednak do wiadomości fakt, iż jako nieliczni na świecie, mamy lany poniedziałek. Skoro pośpiewać nie można, to chociaż polejmy się wodą. „Kurczaczki, kurczaczki w stodole były…” Idę zrobić sobie sikawkę z butelki. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...