„Jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę, a misiu fiku-miku, narobił w teczkę siku.” Pamiętacie tę piosenkę z przedszkola? Ja wprawdzie do przedszkola nie chodziłem, ale utwór ten wybitny, bardzo dobrze kojarzę i co roku, o tej właśnie porze, go sobie pod nosem podśpiewuję.
Ostatnio podsłuchałem w tramwaju rozmowę grupy młodych ludzi, którzy z uporem maniaka dyskutowali nad sensem istnienia majówki. Argument przeciwników był taki, że jest to po prostu kolejna moda (jak sylwester, walentynki, halloween), w której oni nie zamierzają na pewno uczestniczyć. Najdobitniej podsumowała rozmowę dziewczyna w żółtej czapeczce i okularach wielkości dwóch patelni (zakrywających ją do tego stopnia, że z całej twarzy, było jej widać tylko nos) – Nie chodzę na sylwestra, nie obchodzę walentynek, nie jeżdżę na majówki i ch.j!
Też tak można, ale po co? Jestem wielkim zwolennikiem podróży za jeden uśmiech. Naprawdę nie trzeba mieć pieniędzy, żeby gdzieś pojechać. I naprawdę, nie trzeba jechać w znane i oblegane przez turystów miejsca, żeby się dobrze bawić. – Ale jak to? – zapyta dociekliwy Czytelnik. – Przecież bilet kosztuje, nocleg kosztuje, jedzenie kosztuje… No niby tak, ale na to zawsze się pieniądze jakieś znajdą. Wielokrotnie sam sobie udowodniłem tezę, że aby podróżować po Polsce i po świecie, dobry pomysł i trochę ułańskiej fantazji w zupełności wystarczy. A co z tego wynika?
Niewielkie miasteczko w południowej Polsce, leżące na granicy z Czechami. Niewielki, położony przy rynku klub muzyczny. Przy drzwiach, spora kolejka młodych ludzi, chcących dostać się do zatłoczonej sali tanecznej. Ochroniarza stojącego przy wejściu, zaniepokoiły wrzaski, krzyki i brawa dobiegające z wnętrza klubu. Poszedł sprawdzić co się dzieje. Na środku parkietu ludzie rozstąpili się, tworząc niewielkich rozmiarów okrąg. A w okręgu tym, pewien jegomość pełza po podłodze na czworaka, szorując brzuchem po parkiecie. Wygląda jak wielki waran z Komodo. Dziewczyny piszczą, mężczyźni krzyczą! – Co tu się dzieje? – pyta zdziwiony ochroniarz. – Panie, patrz pan! Facet wykonuje taniec jaszczura!!
Mała, zaniedbana stacja kolejowa gdzieś na Słowacji. Grupa studentów, przebranych w wojskowe mundury, leży ukryta w wysokiej trawie rosnącej przy peronie. Równiutko ułożone ciała i odpowiednio zabezpieczone plecaki, świadczą o dużej dyscyplinie i sporej wiedzy na temat wojskowych obyczajów panujących w C.K. Armii. Na stację wjeżdża pociąg. Kiedy tylko wagony przestają toczyć się po torach, ukryci w trawie, podążający szlakiem filmowych C.K. Dezerterów, młodzi zapaleńcy, przypuszczają szturm na Bogu ducha winny pociąg Słowackich Kolei Państwowych. Z krzykiem, śmiechem i entuzjazmem wbiegają do wagonu (ku wielkiej uciesze ich samych i ogromnym zaskoczeniu pasażerów).
W Tokaju – małym, węgierskim miasteczku, słynącym z produkcji wybornego wina, niewielka grupa młodych ludzi, obozująca nad rzeką, niedaleko mostu, będąca już pod lekkim wpływem miejscowego trunku…
Wspomnienia są bezcenne.
A zatem… misia do plecaka, ułańską fantazję pod pachę, słowa piosenki na usta, no i w drogę! W drogę, chłopcy i dziewczęta (pókiśta młode i nie macie nadciśnienia).
Komentarze
Prześlij komentarz