Potrzebuję jeszcze kilka osób do basenu – powiedział wysoki mężczyzna, okablowany jakimiś dziwnymi urządzeniami. Co do licha? Jakiego znowu basenu? Nikt mnie nie uprzedził, że tu będzie jakiś basen. Nie jestem przygotowany! Nie wziąłem kąpielówek, ręcznika… No ale dobra, co mi tam. Pomyślałem, że zaryzykuję i poszedłem.
„Basen” w studiu telewizyjnym ATM, w którym nagrywano program „Bitwa na głosy” (emitowany w TVP2), okazał się nie być prawdziwym basenem wypełnionym wodą, lecz potoczną nazwą dziury w scenie, w której stała część publiczności (ta skacząca, wrzeszcząca i najgłośniej dopingująca swoich faworytów).
Do udziału w tym przedsięwzięciu zaprosiły mnie „Kukułki” – fani Natalii Kukulskiej (za co jestem im niezmiernie wdzięczny). „Bitwy na głosy” wcześniej jakoś za bardzo nie śledziłem, ponieważ uważam, że kiepski jest ten program. Ktoś tam śpiewa, ktoś to ocenia (zawsze przychylnie – same „ochy” i „achy”), ludzie głosują, ktoś odpada... Nuda! Ale byłem ciekaw, jak to wszystko od kulis wygląda, więc poszedłem.
Przy produkcji tego rodzaju programów pracuje mnóstwo ludzi. Jednych widzimy na ekranach naszych telewizorów (prowadzący, jurorzy, uczestnicy), inni natomiast, są dla nas (widzów) kompletnie niewidoczni. Stojąc w „basenie”, miałem okazję ich poznać i poobserwować jak pracują. Panowie ze szczotkami, zamiatający po każdym występie scenę, panie makijażystki, pudrujące i lakierujące jurorów, kamerzyści, ludzie z obsługi studia.
Jednak najbardziej wyróżniającą się tam postacią był „Majki” (Word próbuje zmienić mi ten wyraz na „majtki”, ale tym razem się myli. Ma być „Majki”, szanowny korektorze). Człowiek o tym pseudonimie był tam odpowiedzialny za opiekę nad publicznością. Przygotowywał ją do nagrania, a w czasie emisji, podpowiadał kiedy klaskać, kiedy się śmiać, kiedy buczeć itp. Jeszcze przed programem, rozruszał to całe towarzystwo. Krzyczał, śpiewał, tańczył, skakał i wykonywał różnorakie wygibasy na scenie. Ludzie od razu go pokochali. W trakcie programu, wszyscy bawili się razem z „Majkim” i ja też!
Kiedy było już po wszystkim, na scenę wkroczyli fotoreporterzy i otoczyli najbardziej obleganą gwiazdę „Bitwy na głosy” – Edytę Górniak. Cała plejada pozostałych znanych postaci, uciekła szybko do garderoby. Na scenie została tylko Edyta i cała armada wymierzonych w jej kierunku aparatów. Trochę było mi żal moich towarzyszy z „basenu” (można powiedzieć: współbraci – pływaków). Oni przyszli do tego programu dla nich – dla swoich ukochanych idoli: Górniak, Kukulskiej, Rynkowskiego, Panasewicza, Bednarka… Ale gwiazdy, jak to z nimi przeważnie bywa, oddalone są od nas o miliony lat świetlnych i ciężko się nam do nich zbliżyć.
Zaobserwowałem natomiast ciekawą sytuację. Fani Edyty Górniak, którzy nie mieli okazji na bliższy kontakt ze swoją ulubienicą, podchodzili do „Majkiego”. Robili sobie z nim zdjęcia, rozmawiali, wygłupiali się. Nagle okazało się, że to on jest najbardziej obleganą postacią w studiu. W ciągu zaledwie kilkunastu sekund stał się największym bohaterem wieczoru. Na początku totalnie nieznanym, ale potem jedynym, ponieważ osiągalnym.
Edyta Górniak niewątpliwie jest gwiazdą. Lubianą, powszechnie znaną, błyszczącą niczym ogolona twarz Janusza Rewińskiego. „Majki” to tylko zwykły księżyc. Malutki satelita, krążący po czyjejś orbicie i świecący nie swoim światłem. Kiedy jednak patrzymy w nocy na rozgwieżdżone niebo, wszystkie gwiazdy są daleko. Przez to wydają się malutkie i bardzo mało znaczące. Księżyc natomiast jest blisko, jest duży i to właśnie on rozbudza naszą wyobraźnię.
Komentarze
Prześlij komentarz