Przejdź do głównej zawartości

Synkretyzm trunkowo – gatunkowy

„Łączymy style, mieszamy gatunki, jak na imprezie trunki” – śpiewał swego czasu Sidney Polak. I co z tego? Ano to, że miał chłop sporo racji. Zarówno trunki, jak i gatunki muzyczne mieszają się nieustannie. Ostatnio odkryłem pewną prawidłowość, która wyłoniła się z chaosu powstającego zwykle po mieszaniu (zwłaszcza trunków) i rzuciła nieco światła na tą, zawiłą bardzo tematykę.

Jako słuchacz, a także wykonawca muzyki wszelakiej, w pełni podzielam pogląd Raya Charlesa, który powiedział kiedyś, że muzyka nie dzieli się na style i gatunki. Są po prostu dobre piosenki oraz kiepskie piosenki, i tyle. Natomiast, jako badacz niestrudzony trunków niezliczonych, zauważyłem ostatnio, że gatunki muzyczne wyłaniają się, a właściwie systematyzują w zależności od tego, jaki trunek jest w danej chwili akurat spożywany.

Jakiś czas temu byłem na imprezie. Nic wielkiego, ot zwykła parapetówka. Najwyżej sześćdziesiąt kilka osób. Jak powszechnie wiadomo, konieczna na tego typu libacjach jest muzyka. Trunki również wydają się niezbędne. Co pijemy i czego słuchamy? Okazuje się, że nie jest to zupełnie bez związku.

Na początku imprezy było piwo. Słuchaliśmy starych, rockowych kapel typu Led Zeppelin, The Rolling Stones, U2. Zdaje się, że również Janis Joplin się tam pojawiła. Potem ktoś zaproponował drinki. Jakieś tam specjalne, ze specjalnie na tę okazję zakupionym, nietypowym alkoholem. Od razu z głośników poleciała bardziej współczesna muzyka: m. in. Lady Gaga, Justin Timberlake, Adele oraz kilku zwycięzców amerykańskiego „Idola”. Kiedy część imprezowiczów leżała już na kanapach (tudzież na podłodze), na stole zagościła czysta wódka! A wraz z nią przybyli na imprezę: Boys, Fanatic, Bayer Full, a także zespół Weekend. Końca dokładnie nie pamiętam, ale coś mi świta, że przez szkło pustej butelki chyba zobaczyłem Shazzę.

A do wina? Czego słucha się na imprezach do wina? Raz byłem na prywatce, na której piliśmy tylko wino. Czerwone, wytrawne. Wiedzą państwo czego wtedy słuchaliśmy? Amerykańskich standardów jazzowych z lat siedemdziesiątych! I to jeszcze z dużej, czarnej płyty. Poza tym, ze starego, trzeszczącego gramofonu było to puszczane. Oczywiście przy czymś takim nie było mowy o żadnych tańcach. Skończyło się na nierozstrzygniętych rozmowach o sensie istnienia wszechrzeczy (ach ci studenci filozofii).

Stwierdzam zatem, że gatunki muzyczne występują nieodłącznie z trunkami. Dzielą się tak jak one i w sensie ilości są do nich wprost, lub też odwrotnie proporcjonalne. To czego słuchamy, zależy od tego, co, z kim, ile, oraz jak pijemy. Nasze uszy muszą być jakoś połączone z naszym językiem i w jakiś przedziwny sposób są od niego zależne. Lub odwrotnie. Zresztą nieważne. Cała heca polega na tym, że zarówno muzykę, jak i trunki, zawsze możemy sobie dowolnie dobierać. Zestawiać odpowiednie proporcje i konsumować w sposób ciekawy i zaskakujący.

Kiedy piszę te słowa, siedzę w moim pokoju i popijam drinka o nazwie „Suczy bebech”, przyrządzonego według przepisu Wieniedikta Jerofiejewa (zainteresowanych odsyłam do książki „Moskwa Pietuszki” tegoż autora właśnie). Wybitnie radziecki produkt. Z moich głośników wydobywają się natomiast dźwięki zarejestrowane na festiwalu „Woodstock” w 1994 roku. Wybitnie amerykański produkt. W życiu fajnie jest sobie czasami porządnie namieszać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...