Przejdź do głównej zawartości

Rodzina XXL

Okazuje się, że szczęście w małżeństwie można zważyć. I to dosłownie. Czasopismo „Health Psychology” opublikowało raport amerykańskich naukowców z Southern Methodist University w Dallas, z którego jednoznacznie wynika, że ludzie, którzy są ze sobą szczęśliwi, tyją na potęgę. Akcja powiększania rodziny rozpoczyna się zaraz po ślubie. Dlaczego?

Wytłumaczenie jest bardzo proste i banalne. Usatysfakcjonowani małżonkowie przestają o siebie dbać. Nie zakładają zmiany partnera i w związku z tym, uważają, że nie muszą już być atrakcyjni. Jedzą byle co i prowadzą byle jaki tryb życia. Z Pięknej i Don Kichota zamieniają się w Bestię i Sancho Pansę. (Swoją drogą, ciekawe jaki wpływ na to zjawisko miał model dosyć – można by rzec – słusznych rozmiarów małżeństwa Shreka oraz Fiony z filmu „Shrek”?).

Badania przeprowadzili amerykańscy naukowcy. Zakładam więc, że badali przede wszystkim amerykańskie małżeństwa. Dlatego też, ta nietypowa tendencja do wspólnego, rodzinnego tycia, wcale mnie specjalnie nie dziwi. Amerykanie znani są ze swych skłonności żywieniowych. Trudno przy takim trybie życia utrzymać odpowiednią wagę. Zwłaszcza, że partner lub partnerka powiększa się wprost proporcjonalnie. Nawet nie wypada wtedy zostać w tyle.

Tyle tylko, że również i w Polsce, zjawisko tycia po ślubie, coraz częściej staje się zauważalne. Oczywiście nie jest to regułą. Nie wszyscy po ślubie tyją i z łabędzi zmieniają się w opasłe kaczątka. Jednakże nawet w gronie moich znajomych, przykładów (mierzonych w kilogramach) szczęśliwych małżeństw, kilka by się znalazło.

Niedawno spotkałem kolegę i koleżankę z podstawówki. Ona – w szkole dosyć przeciętnej urody dziewczyna, szczupła, niewysoka. On – dosyć przeciętnej urody chłopak, szczupły, wysoki. Jak się okazało, mieli więcej ze sobą wspólnego, niż tylko to, że oboje byli szczupli i jakiś czas temu wzięli ślub. Spotkałem ich zupełnie przypadkowo w jednym z supermarketów. Przyjechali z córką na zakupy.

Zupełnie ich nie poznałem! Toczyli się po sklepie, niczym dwie, ogromne kule bilardowe i gdzieś w okolicy stoiska z chipsami, jedna kula nagle zawołała: „Cześć Rafał! Co u ciebie słychać?”. Gołym okiem widać było, że są bardzo szczęśliwi. Jakieś 80 kg rodzinnego szczęścia ponad średnią krajową. Ich wózek wypakowany wysokokalorycznym jedzeniem sugerował, że to nie koniec. Najwyraźniej planują być jeszcze bardziej radośni i zadowoleni z życia. Można by rzec – potwornie.

Sam jestem dosyć szczupły. Nawet bardzo. Teraz, jeśli ktoś zapytałby mnie dlaczego, wiedziałbym co odpowiedzieć. Po prostu zostawiam sobie dużą rezerwę. Po ślubie mam zamiar być cholernie szczęśliwy.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...