Przejdź do głównej zawartości

Twoje, moje, Wasze, nasze

Cóż to za moda przedziwna? Zwyczaj jakiś, czy też reguła nieopisana? Dlaczego spora część ludzi, pisząca cokolwiek w Internecie, zmienia zasady języka polskiego? Pomijam już fakt, że ogromna większość Internautów totalnie nie przejmuje się tym, jak pisze. No bo po co? Nikt tego nie sprawdzi, nie oceni, nie postawi pały i nie zabroni oglądania telewizji za karę. Dlaczego więc, w ogóle zwracam na to uwagę? Ponieważ całe to niechlujstwo językowe przeniknęło już z forów, blogów, komunikatorów i portali społecznościowych do korespondencji firmowej i prywatnej. A to już jest pierwszy znak, że powinno się coś z tym zrobić.

Denerwuje mnie ostatnio zwłaszcza „moda” na nadużywanie wielkich liter. Zdania typu: „Pojedziemy Moim samochodem.”, „Nie zapomnijcie Mnie poinformować.”, „Zaczniemy od Naszej butelki.” widuję w sieci bardzo często. Być może ja się nie znam. Może coś przeoczyłem i może coś się w zasadach języka polskiego zmieniło. Jeśli tak, to przepraszam i proszę mnie poprawić. Ale po jaką cholerę, wyrazy „Moim”, „Mnie”, „Naszej” pisane są wielkimi literami?

W szkole podstawowej, pani od języka polskiego uczyła nas pisać listy. Pamiętam jak dziś, kiedy powtarzała kilkakrotnie, że w listach „Ciebie”, „Ci”, „Tobie”, „Wam”, „Was”, „Waszej”, piszemy wielką literą, ponieważ są to zwroty grzecznościowe i pisanie ich w ten sposób, ma wyrazić nasz szacunek dla adresata. A teraz? Co mają znaczyć wielkie litery w słowach „Mojej”, „Mi”, „Nam”? Jakaś megalomania chyba. Albo głupota. A może jedno i drugie?

W każdym razie, postanowiłem wyrazić temu swój sprzeciw i podjąłem się trudnego wyzwania. Odszukałem w piwnicy stare pudło (z zabawkami, zeszytami i zapiskami różnymi), a w nim list z wakacji, który napisałem do rodziców z kolonii znad morza. Przepiszę go tutaj, aby przypomnieć wszystkim, jak to się powinno listy pisać i kiedy małą, a kiedy wielką literę należy stosować.

Kochani Rodzice!
(Rodzice celowo napisałem wielką literą, ponieważ chodziło mi o pokazanie szacunku dla nich, oraz o pewną sprawę, którą listem chciałem załatwić, ale o tym potem.)

Wiem, że obiecałem napisać zaraz po przyjeździe, ale pierwszy tydzień minął nam bardzo szybko. Tak szybko, że nie zdążyłem wysłać do Was kartki. Ogólnie wszystko super! Panie wychowawczynie są dla nas bardzo miłe. Pogoda nam dopisuje. Koledzy mi nie dokuczają, a koleżanki często chodzą ze mną na spacery po plaży.

Ogólnie jestem bardzo grzeczny i nikt na mnie nie narzeka. Mam tylko mały problem. Przez te częste spacery z koleżankami, wydałem wszystkie moje pieniądze na lody. Hojne mam serce i nie mogłem im odmawiać. Dlatego bardzo Was proszę o dosłanie mi trochę gotówki. Dużo mi nie potrzeba. Tylko na drobne wydatki. No i oczywiście na pamiątki dla Was i całej rodziny. Adres naszej kolonii znacie. Przyślijcie w kopercie i koniecznie jak najszybciej, bo czas naszych wakacji nad morzem powoli dobiega końca.

Łączęwyrazy
Wasz Rafał 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...