Przejdź do głównej zawartości

Marsz Niepodległości – a cóż to takiego?

Dostałem list od mojego przyjaciela z Japonii, który od dawna jest zafascynowany Polską i 11 listopada chciałby wziąć udział w obchodach Święta Niepodległości. Niestety, jestem chyba zbyt tępy i mało otrzaskany w tych tematach, ponieważ nie wiem, co mam mu dokładnie odpowiedzieć. Dlatego też, postanowiłem, ów list tu przepisać i prosić Państwa o podpowiedź w tej sprawie.

Oto list:
(Dla ułatwienia, poprawiłem większość błędów językowych, stylistycznych i gramatycznych, które Takashi popełnił – jego polszczyzna nie jest jeszcze zbyt dobra, ale zrozumieć można - przyp. RH)
 

佐藤君へ
Cześć Rafał-san!

Piszę do Ciebie, ponieważ w najbliższych dniach przylatuję do Warszawy w interesach. Jak za pewne doskonale pamiętasz, bardzo interesuję się historią Twojego kraju. Studiowałem studia wschodnioeuropejskie (specjalizacja: polonistyka) na Tokijskim Uniwersytecie Studiów Międzynarodowych. Tam nauczyłem się (jako tako – przyp. RH) języka polskiego, a dzięki wymianie studenckiej, która miała miejsce wiele lat temu, mogłem przylecieć po raz pierwszy do Polski. Wtedy to, poznaliśmy się przypadkowo w jednym z warszawskich barów. Od tego czasu, bywam w Twoim kraju dosyć często i za każdym razem, kiedy przylatuję do Warszawy w interesach, zwiedzamy miejscowe lokale w poszukiwaniu taniego piwa.

(Proszę wybaczyć ten trochę przydługi wstęp, ale Takashi, jak przystało na prawdziwego Japończyka, lubi długie i bardzo oficjalne wstępy – przyp. RH)

Tym razem, z racji tego, że będę miał okazję być w Warszawie 11 listopada, chciałbym (zamiast na nocne zwiedzanie barów – przyp. RH), wybrać się na Marsz Niepodległości. Sporo o tym święcie czytałem i uczyłem się jeszcze na studiach. Wiem, że jest to dzień, w którym Polacy uroczyście wspominają odzyskanie niepodległości. Po wielu latach zaborów, Polska wróciła na mapę Europy. To wielki dzień i wielkie święto w Waszym kraju. Dlatego też, bardzo chciałbym w nim uczestniczyć. Jednakże, mam kilka problemów i pytań z tym związanych.

Chciałbym pójść na marsz, ale okazuje się, że będzie ich kilka: „Marsz Niepodległości”, „Razem dla Niepodległej”, jakaś manifestacja Antyfaszystów… To co to właściwie znaczy? Że tamte pierwsze marsze to są za faszystami, skoro ten ostatni jest anty? Bo mi ktoś powiedział, że w Warszawie robi się marsze i anty marsze. I trzeba tak robić, żeby się marsze z anty marszami na ulicy nie spotkały, bo jak się spotkają, to jest wojna! Ale jaka wojna? O niepodległość ta wojna? Czy o to, kto ma przejść pierwszy tą ulicą, czy jak?

Ale też mi ktoś powiedział, że nie muszę się bać, ponieważ będzie dużo policji i w razie awantury, to mnie obronią. Ktoś inny stwierdził natomiast, że to nieprawda. Bo policja robi prowokacje, rzuca kamieniami, a potem bije tych, co wcale nie rzucali, ale mówi, że rzucali. I teraz już sam nie wiem. Bać się policji, marszu, czy anty marszu? I skąd mam wiedzieć, który marsz to marsz, a który to anty marsz?

I jeszcze podobno uważać mam na dziennikarzy. Ale tylko tych złych, bo ci dobrzy, to prawdę w telewizji pokazują, a ci źli, to nie. Więc przed tymi złymi trzeba uciekać, a rozmawiać tylko z dobrymi. Ale jak odróżnię złych od dobrych? Oni są jakoś oznakowani? Dobrzy na biało, a źli na czarno są poubierani, czy jak?

Tych wszystkich ruchów, środowisk, organizacji, stowarzyszeń i różnych ludzi, którzy wezmą udział w tych marszach jest tak dużo, że nie sposób wszystkich tu wymienić. Jak wchodzę na ich strony w Internecie, to się okazuje, że jedni w drugich będą chyba kamieniami rzucać! Prawda to jest, czy też nie?

Jedno państwo, jedna i ta sama flaga, zatknięta na kije, niesione przez uczestników marszów, powiewająca na tym samym wietrze, który przelatuje przez tę samą ziemię, zbrukaną krwią tych samych przodków, którzy polegli w walce o tą samą niepodległość, której dzień odzyskania, ci wszyscy ludzie w tym samym czasie chcą świętować… A zatem, skąd ta wojna na ulicach Warszawy?

Czy ktoś mógłby mi to wszystko wyjaśnić? Jakoś tak racjonalnie wytłumaczyć? Bo ni 穴だらけにする(to chyba jakieś japońskie przekleństwo – przyp. RH) tego wszystkiego nie rozumiem.

(Dalej Takashi przechodzi w liście do spraw bardziej prywatnych. O tym co u żony i u pana Kōichirō z baru, w którym sprzedają pyszne Okonomiyaki – przyp. RH)

またね
Pozdrawiam i do zobaczenia w Warszawie!
Takashi
 

I to tyle.

Bardzo proszę pomóc mi wybrnąć z tej sytuacji. Jak wytłumaczyć cudzoziemcowi to, co dzieje się na ulicach Warszawy 11 listopada? No jak?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...