Przejdź do głównej zawartości

Porozmawiajmy o… śniegu

Pada. Biały, puszysty, lepki, mokry. Nikogo i niczego nie omija. Spada z nieba i przykrywa wszystko co napotka na swojej drodze ku ziemi. Aż trudno uwierzyć, że powstał z wody. Tej błękitnej, lazurowej, gorącej, której niezliczone ilości przelewają się codziennie podczas pacyficznych pływów.

Tuila’epa Mauloa, mieszkaniec Upolu (wyspy wchodzącej w skład archipelagu Samoa, położonego na południowym Pacyfiku), mógłby zamieścić dokładnie taką właśnie notkę na portalu społecznościowym, gdyby 4 grudnia 2013 roku na Samoa spadł śnieg.

Czy byłby zdziwiony, gdyby mu to białe ustrojstwo w nocy na podwórze napadało? Oj tak. I to cholernie. Czy wyobrażają sobie państwo minę Tuila’epy, który wychodzi rano na zewnątrz swojego domu i widzi lecący z nieba mokry puch?

Śnieg na Samoa musiałby być z pewnością porządną anomalią. Na wyspie Upolu, położonej mniej więcej na 15 stopniu szerokości geograficznej na południe od równika, mogłoby to być leciutkie zaskoczenie. Ale w Polsce? My jesteśmy ponad 50 stopni od równika i to na północ! Śnieg o tej porze roku nie powinien raczej nikogo dziwić.

A jednak dziwi. Pierwsze opady, co roku komentowane są praktycznie non stop. Jedni się cieszą, inni smucą, ale generalnie wszyscy na ten temat dyskutują. Zupełnie tak, jakby niespodziewanie w naszym kraju wylądowało UFO. Albo zamiast śniegu, nagle, na początku grudnia, z nieba polałaby się nam na głowy gorąca czekolada. 
 
Niezwykłe w ogóle jest to, że pogoda bardzo często staje się głównym tematem naszych rozmów. Zupełnie tak, jakby była dla nas najważniejsza na świecie.

Wigilia (24 grudnia), rodzina przy stole:
- Zenek! Twoja siostra z Norwegii z życzeniami dzwoniła.
- O! I co tam u nich słychać?
- A, śniegu dużo napadało. Romek dzisiaj rano pół dnia z łopatą ganiał i odgarniał. No i zimno mają już od tygodnia. Jakieś minus piętnaście cały czas.

Poniedziałkowy poranek. Centrum miasta. Winda w biurowcu dużej korporacji:
- No i widzi pani, pani Bożenko. Jaka zima do nas przyszła!
- Pani Krysiu. To jeszcze nic. Dzisiaj jest tylko minus pięć. A od środy ma być minus siedemnaście.
- Nie cierpię zimy. Niech już się to zimno wreszcie skończy i przyjdzie lato…

Restauracja. Kolacja przy świecach. Chłopak z dziewczyną na randce:
- Yyyy… Ale fatalna dziś pogoda. Od rana tak leje.
- No. A ja parasola nie wzięłam. Zmokłam dzisiaj jak stara kwoka.
- Wiesz, to jeszcze nic. W zeszłym roku, jak byłem nad morzem, to na taką fatalną pogodę żeśmy trafili…

To zadziwiające, że tak dużo czasu poświęcamy czemuś, na co nie mamy wpływu. Sam łapię się na tym dosyć często, że rozmawiam z ludźmi o pogodzie. Jest to dowód na to, że straszny chyba musi być ze mnie nudziarz.
Ale jeszcze bardziej dziwne jest nasze powszechne (i ciągle powtarzające się) zadziwienie tym, że w lipcu atakują nas upały, a w grudniu, nagle, bez żadnej zapowiedzi, ni z tego, ni z owego, zupełnie niespodziewanie… zaczyna padać śnieg.

No a zima, jak to zima… W tym roku znów na pewno zaskoczy drogowców.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...