Przejdź do głównej zawartości

Z życia siłowni

Trenuję. Od kilku miesięcy chodzę na siłownię i wyciskam z siebie siódme poty. Zupełnie jak Rocky Balboa. No wiecie... dwa surowe jajka z samego rana i bieganie w obskurnym dresie po schodach. No dobra, bez jajek i bez schodów. Ale za to w dresie i z bieganiem, jak najbardziej. Ale nie o trenowaniu opowiedzieć chciałem, lecz o miejscu i ludziach z nim związanych.


Siłownia. W latach 90 ubiegłego stulecia (o rety, jak to brzmi), było to przeważnie dosyć obskurne i mocno obdrapane miejsce, zlokalizowane w jakieś gnijącej piwnicy, rozpadającego się na drobne kawałki budynku. Stali bywalcy siłowni to najczęściej ogromni, nie posiadający szyi faceci. Może i nie za bardzo bystrzy, ale za to piekielnie silni. Jednym słowem - siłownia w tamtych czasach to doskonały punkt rekrutacyjny dla mafijnych bojówkarzy. Normalnie, strach się bać (nie mówiąc już o jakichkolwiek ćwiczeniach).


A dziś? Jak wyglądają siłownie w 2014 roku?

Luksusowe, klimatyzowane wnętrza. Na ścianach lustra i telewizory LCD. Wypasione szatnie z szafkami zamykanymi na kluczyk, a także prysznice oraz sauna gratis. Sprzęt jest w pełni nowoczesny i czasami mam wrażenie, że te wszystkie urządzenia, zostały zaprojektowane i skonstruowane przez inżynierów z NASA. Weźmy chociażby taką, zwykłą bieżnię do biegania. Informuje nas nie tylko o pokonanym dystansie i prędkości z jaką się poruszamy, ale potrafi zmierzyć spalone kalorie oraz na bieżąco monitorować tętno biegnącej osoby (zawsze to sobie sprawdzam, co by nie wyrżnąć o podłogę z przemęczenia). Można też ustawić duży kąt nachylenia bieżni i udawać, że biegnie się pod górkę (lub po schodach - niczym Rocky Balboa).


Ale cały ten kosmiczny sprzęt nie jest aż tak bardzo ciekawy. Ot, trochę fajnie wymyślonego żelastwa i ciężarów do dźwigania. Dużo ciekawsi są ludzie, którzy z niego korzystają. Nie są to już ogromni faceci nie posiadający szyi oraz mózgu. O nie! Więc kto?


Oto mój subiektywny wykaz tych postaci:


Stękający twardziele

Najbardziej irytująca i rzucająca się w oczy (a raczej w uszy) grupa ćwiczących. Przy każdym, najdrobniejszym nawet ruchu oraz przy jakimkolwiek, najdrobniejszym nawet wysiłku, wydają z siebie przeróżne stękania, pomruki, sapania, a nawet krzyki! Za pewne, ma to świadczyć o ich ogromnej determinacji w podnoszeniu wielkich ciężarów i pokazać, że ci prawdziwi twardziele, pokonują niezbadane granice ludzkich możliwości. Brzmi to jednak dosyć zabawnie i raczej groteskowo. Jeden stękający twardziel jest jeszcze do przeżycia. Ale jeśli trafi się dwóch naraz – sapią niczym para kopulujących jeleni.  


Przestraszeni loveboye

Przychodzą na siłownię z kobietami. Przeważnie bardzo pięknymi kobietami. No i wiadomo… Kiedy piękna kobieta (ubrana w obcisły i elegancko dopasowany strój sportowy) pojawia się na siłowni i zaczyna robić te wszystkie przysiady, skłony, rozciągnięcia i podwinięcia, to chcąc nie chcąc, oczy wszystkich mężczyzn wędrują co i raz w jej stronę. Biedny, przestraszony partner pięknej kobiety, w każdej przerwie między seriami, biega co chwila do swej partnerki, aby ją pogłaskać, przytulić, pocałować, potrzymać za rękę lub zamienić po prostu kilka słów. Po co to robi? Po to, aby wszyscy przypakowani faceci wiedzieli, że ta piękna kobieta przyszła tu właśnie z nim i żeby żaden nie próbował jej wyrywać. To takie znakowanie terenu. Prawie jak podlewanie drzewek przez psy lub wkładanie palca do zupy.


Telefoniczni maniacy

Nie mogą żyć bez telefonu. Nawet na siłownię zabierają dwie komórki. Jedną prywatną, drugą służbową. Tak na wszelki wypadek, bo może ktoś akurat zadzwoni. Poza tym, co trzy minuty zaglądają na Facebooka. Po co? Tego jeszcze nie wiem. Może informują znajomych, ile serii i które ćwiczenie akurat wykonują? W każdym razie… średnio z dwóch godzin spędzonych na siłowni, jedna godzina przeznaczona jest na rozmawianie, esemesowanie, fejsbukowanie, tłiterowanie i cholera wie, co tam jeszcze. To akurat sprawdziłem.


Elektroniczni gadżeciarze

Rozbudowane wersje telefonicznych maniaków. Oprócz telefonów komórkowych, na siłowni zawsze mają przy sobie: smartphony, iPody, tablety itp. W trakcie ćwiczeń słuchają muzyki, oglądają filmy, a nawet grają w gry. Zwłaszcza podczas biegania lub jazdy na rowerze. Ostatnio jedna z naszych koleżanek obejrzała wszystkie części sagi „Zmierzch”. Zajęło jej to jakieś 58 km.


Lustrzaki

Lubią siebie i uwielbiają na siebie patrzeć. W związku z tym, notorycznie przyglądają się sobie w lustrze. A z racji tego, że w każdej siłowni lustra są dosłownie wszędzie, robią to praktycznie non stop. W trakcie ćwiczeń (to akurat jest normalne), między ćwiczeniami (żeby sprawdzić, czy jest jakiś efekt), a także przechodząc do kolejnego urządzenia, lub po prostu w drodze do szatki lub toalety (aby upewnić się, czy po tych wszystkich ćwiczeniach są jeszcze do siebie podobni).


Hodowcy mułów

Spadkobiercy potężnych i bezszyjnych facetów z lat 90. Różnią się jednak od nich zasadniczo. Posiadają mózg. Jednym słowem – mają łeb na karku (na potężnym karku – należy dodać). Są wykształceni, inteligentni i naprawdę ogromni. Dźwigają takie ciężary, że ja bym chyba za pomocą dźwigu tego nie podniósł. A przy tym, są łagodni jak baranki. Trochę takie misie – pysie. Godzinami potrafią rozprawiać o kaloriach, prawidłowym odżywianiu, o tym co jedli dziś na śniadanie, co na obiad i co skonsumują na kolację. Ile potrzeba snu, ile serii oraz ile powtórzeń i z jakim obciążeniem należy je wykonywać. Co najbardziej stymuluje bicepsy, a co będzie najbardziej odpowiednie do tego, aby dopompować klatę po wyciskaniu. Dużo się od nich nauczyłem. Ale na piwo to bym z nimi nie poszedł. Nudni są.



Czy ktoś jeszcze (oprócz wyżej wymienionych) przychodzi na siłownię? Oczywiście, że tak! Ludzie, którzy (podobnie jak ja) trenują niczym Rocky Balboa. No wiecie, surowe jajka z samego rana, bieganie po schodach itp. Z tego miejsca, wszystkich Was serdecznie pozdrawiam!





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...