Przejdź do głównej zawartości

Pan Tadeusz w Kapsztadzie

W Afryce biały kolor skóry oznacza dobrobyt. Jest jego synonimem. Jeśli jesteś biały, to znaczy, że masz pieniądze. W oczach Afrykanów – jesteś po prostu bogaty. A zatem, jeśli jesteś biały i poleciałeś do Afryki, to musisz być przygotowany na to, że kilka razy dziennie, (mała lub duża, młoda lub stara) czarna ręka zostanie wyciągnięta w Twoją stronę, a jej właściciel powie Ci bez żadnego zażenowania: „jestem głodny, daj mi pieniądze”.


Doświadcza tego prawie każdy turysta, podróżujący po tym ogromnym kontynencie. Ci, którzy przyjeżdżają tam po raz pierwszy, reagują instynktownie i sięgają ręką do portfela. W Afryce wszędzie widać biedę. Czasami bardzo dużą biedę. Kiedy widzimy ludzi w obdartych ubraniach, żyjących na ulicach lub w slumsach na obrzeżach wielkich miast, to naturalnym odruchem jest chęć niesienia im pomocy.


Pierwszego dnia pobytu, statystyczny turysta z Europy, wyciąga pieniądze z portfela i daje. Drugiego dnia pobytu, statystyczny turysta z Europy jest już lekko poirytowany, więc daje dużo mniej niż poprzednio. Trzeciego dnia pobytu, statystyczny turysta z Europy jest już mocno wkurzony, ponieważ szybko obliczył sobie w głowie, że jak tak dalej pójdzie, to do końca pobytu nie starczy mu pieniędzy na jedzenie i niedługo sam będzie musiał stanąć na ulicy, zaczepiać przechodniów i mówić: „jestem głodny, daj mi pieniądze”.


Co zatem zrobić, aby wymarzony pobyt w Afryce nie przekształcił się w koszmarną walkę z żebrakami, którzy kilka razy dziennie próbują wyciągnąć od nas ostatni grosz? Okazuje się, że bardzo pomocna może być twórczość naszego narodowego wieszcza.


Przez kilka dni byłem w Kapsztadzie. W trakcie mojego pobytu, kilkadziesiąt razy proszono mnie o pieniądze. Odmawiałem za każdym razem. Dlaczego? To trudny temat i długo by o tym pisać. Generalnie zgadzam się z poglądem Paula Theroux, który w swoich podróżniczych reportażach dosyć dokładnie opisał działalność organizacji charytatywnych, „niosących pomoc” Afryce. To całe pomaganie zrobiło Afrykanom wielką krzywdę, którą bardzo trudno będzie teraz naprawić (zainteresowanych tym tematem, odsyłam do książki „Safari mrocznej gwiazdy. Lądem z Kairu do Kapsztadu”, tegoż autora właśnie).  


Odmówić pieniędzy człowiekowi, który przez lata przyzwyczaił się do tego, że je dostaje i że one mu się po prostu należą, nie jest wcale łatwo. Na początku próbowałem z nimi dyskutować i tłumaczyć. Opowiadałem, że jestem z Polski. Nie z Ameryki, nie z Anglii czy też z Niemiec, ale z Polski! Nie mam dolarów ani euro. W Polsce nie zarabiamy dużo i żeby tu przyjechać, trzeba było oszczędzać, odkładać, zaciskać pasa…


Takie tłumaczenie pomagało w Meksyku, ale w Afryce – jak kulą w płot.

– Jesteś biały, więc masz pieniądze. Ja jestem czarny, więc ich nie mam. Ty masz, ja nie mam. Daj mi, żebym ja też miał. Daj, daj, daj… – zdawała się mówić, każda, wyciągnięta w moją stronę ręka.


Piątego dnia pobytu zaczepił mnie pod sklepem młody człowiek. Szczupły, niewysoki. Na głowie miał modnie ułożone dredy. Ubranie trochę stare i w niektórych miejscach lekko podarte. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia kilka lat. Zaczepił i powiedział znajomy tekst:

– Jestem głodny. Daj mi pieniądze.

Tłumaczenie skąd jestem – nie pomogło. Próba rozmowy o tym, że trzeba znaleźć pracę – nie pomogło. Pomógł mi dopiero… Adam Mickiewicz!


– Ja nie jestem zły. Nie jestem przestępcą. Jestem głodny, daj mi pieniądze.

– Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił.

– Hmm…? Ale proszę pana, ja jestem biedny. Nie jestem zły. Nie jestem bad boy. Jestem głodny. Daj mi pieniądze.

– Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy, nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

– Ale co pan…? Ja nie jestem zły! Jestem good boy. Jestem głodny, daj…

– No, my friend. No English, only Polish! Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono. Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną. Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych…

– Voetsek!


Tego ostatniego słowa, wypowiedzianego w języku afrikaans, nie będę Państwu tłumaczył. Ale oznacza mniej więcej tyle, co palec środkowy uniesiony wysoko w górę. Chłopak uznał, że jestem wariat i nie ma sensu dłużej ze mną dyskutować. Od tamtej pory, za każdym razem, kiedy ktoś na ulicy wyciągnął do mnie rękę i…


– Jestem głodny, daj mi pieniądze.

– No English, my friend. Only Polish.

– Ale daj mi…

– Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie…





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...