Przejdź do głównej zawartości

Chat GPT-4 i ogórki

Poszedłem ostatnio do warzywniaka po ogórki. Takie małosolne, żeby do obiadu (zamiast surówki) były. Żona bardzo je lubi, a poza tym, nie trzeba ich jakoś specjalnie przygotowywać. Wyjmuje się ze słoika, no i już. Jedna trzecia obiadu gotowa. To naprawdę spora oszczędność czasu. Jak mawiał Benjamin Franklin – „czas, to pieniądz”, a że czasy trudne i z pieniędzmi wiadomo jak jest, ogórek małosolny do obiadu, wydał mi się rozwiązaniem idealnym.

Na osiedlu mamy taki mały warzywniak. Chodzę tam dosyć często, bo jest dużo bliżej niż dyskonty. Dzięki temu oszczędzam czas, a według Franklina, oszczędzam również pieniądze. Można powiedzieć, że dzięki tym wyprawom do warzywniaka, przyczyniam się do walki z inflacją i znacząco poprawiam kondycję domowego budżetu (ale o tym może innym razem).

Tego dnia, tak się akurat niefortunnie złożyło, że w kolejce po warzywa stały dwie sąsiadki z mojego bloku. Pani Sokołoska (z dziesiątego, ostatniego piętra) oraz pani Kretowska (z parteru). Obie panie mieszkają w tym bloku i na tej klatce od początku (czyli jakoś od 1976 roku, kiedy to wybudowano i oddano do użytku ten budynek). Znają wszystkich i wiedzą wszystko. A jak się „Góra” (osiedlowy pseudonim Sokołoskiej) z „Dołem” (osiedlowy pseudonim Kretowskiej) zejdzie, to następuje tzw. transfer wszelakich informacji.

- Wie pani, że czort ostatnio mnie pokarał? – zagaiła pani Sokołoska i zaczęła opowiadać, jak to córka z wnukiem Piotrusiem przyjechała do niej w odwiedziny. Sokołoska zapytała Piotrusia, na jakie ciasto ma ochotę, bo ona wszystkie składniki ma i zaraz mu szybko upiecze.
- I jakie sobie zażyczył? – zainteresowała się pani Kretowska.
- Powiedział, że nie wie, ale zapyta czorta, które jest najlepsze i da mi znać.
- Czorta?!! – krzyknęła pani Kretowska, aż się właścicielce warzywniaka ziemniaki z torebki wysypały.

Dalej pani Sokołoska opowiedziała szczegóły, z których wyłonił się następujący obraz sytuacji. Ulubione ciasto Piotrusia to murzynek. Okazało się, że wnuk pani Sokołoskiej zaczął jakiś czas temu rozmawiać z Chatem GPT-4. Nie dość, że za jego pomocą odrabiał prace domowe, to jeszcze pytał go o wszystko, co akurat zaprzątało jego głowę. Jak babcia zapytała o to ciasto, włączył laptopa i skonsultował sprawę z chatem.

Pogadał z nim chwilę o babci i murzynkach, i mu z tej konwersacji wyszło, że pani Sokołoska to rasistka. O tak sensacyjnym odkryciu, czym prędzej poinformował mamę, babcię i (z uwagi na swój donośny głos) sąsiadkę z piętra niżej, która akurat na balkonie pranie rozwieszała.

Potem rozpętała się z tego niezła awantura, bo pani Sokołoska krzyczała na córkę, jak syna wychowuje, że on się z jakimś czortem na komputerze kontaktuje. Córka krzyczała na Piotrusia, że nie wolno o takie rzeczy babci oskarżać, a Piotruś krzyczał na wszystkich, że się nie znają, że to jest rewolucja technologiczna i że sztuczna inteligencja wie lepiej. Potem dodał jeszcze, że skoro mama i babcia nie potrafią z tego korzystać, to najwyraźniej w sprawach technologicznych są mocno niedoinformowane i powinny żyć w XIX, a nie w XXI wieku.

Oczywiście w takich okolicznościach, nie udało się upiec żadnego ciasta. Pani Sokołoska stwierdziła, że widocznie diabeł ją pokarał, a Piotruś zjadł na deser dużego ogórka, zakupionego w naszym warzywniaku. Takiego świeżego (nie małosolnego), bo Piotruś tylko takie lubi.







Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...