Przejdź do głównej zawartości

Pomidory, lokalizacja telefonu i pchnięcie kulą

Jakiś czas temu, w jednym z dyskontów spotkałem sąsiada z mojego bloku. Stałem za nim w kolejce do kas samoobsługowych. Ja z koszyczkiem, on z koszyczkiem. Cześć, cześć, jak tam, co tam… Tego typu rozmowa. Jej treść nie jest tak istotna w tej historii, jak wygląd sąsiada. Otóż, jest on bardzo podobny do Michała Haratyka (dla niewtajemniczonych objaśniam, że to lekkoatleta, mistrz Europy i aktualny rekordzista Polski w pchnięciu kulą. Jak ktoś nie kojarzy, to proszę sobie wygooglować). Sąsiad wygląda identycznie jak ten kulomiot. Na głowie fryzura na zero, broda i postura bardzo słusznych rozmiarów. Na osiedlu sąsiad znany jest jako „Haratyk”. Mało kto wie, jak on ma naprawdę na imię.


Stoję zatem z Haratykiem w tej kolejce i gadamy. Zwolniły się akurat dwa miejsca, więc on do kasy i ja do kasy (obok niego). Ja wykładam z koszyka towar i pik pik kasuję, on wykłada i również pik pik kasuje. Kiełbasa suszona w folii – pik, jakieś pulpety w słoiku – pik, frytki mrożone – pik, kilka kilogramów ziemniaków – pik, jakieś konserwy – pik pik pik. I tak wypikał już połowę koszyka, do momentu, kiedy wyciągnął i położył na wagę pomidory.


Wiecie jak to w tych kasach samoobsługowych jest. Trzeba zeskanować, albo kasa mówi „umieść artykuł na wadze”, potem „umieść artykuł w strefie pakowania” i można skanować następny. Niestety, w przypadku pomidorów Haratyka coś poszło nie tak. Kasa powiedziała Haratykowi, że „w strefie pakowania znajduje się artykuł, który nie powinien się tam znaleźć”. Haratyk wyciągnął pomidory i ponownie położył na wadze. Niewiele to pomogło, bo znów usłyszał, że „w strefie pakowania…”.


Zwykle klienci w takich sytuacjach proszą o pomoc obsługę, ale tym razem było zupełnie inaczej. Haratyk wpadł w szał. Najpierw wydał z siebie przeraźliwy krzyk, niczym rozjuszony byk szykujący się do szarży na torreadora, a następnie walnął tymi pomidorami o wagę. A właściwie można powiedzieć, że wcisnął je w tę wagę (i kasę jednocześnie). Pomidory miał w torebce i podczas tego wciśnięcia, co najmniej połowa uległa totalnemu zmiażdżeniu.


Następnie, ocalałe pomidory wyjmował jeden po drugim z torebki i ciskał je z półobrotu o ścianę. Zupełnie jakby kulą pchał. Różnica tylko była taka, że kulomiot robi na zawodach przed wypchnięciem kuli kilka obrotów, a Haratyk robił tylko jeden. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że pomidor jest dużo lżejszy od kuli, to najwidoczniej Haratyk uznał, że w tym przypadku jeden w zupełności wystarczy. Zresztą, nie ma co z rekordzistą Polski w tym temacie polemizować.


Potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Kilku ochroniarzy zgarnęło Haratyka (najpierw przyszedł jeden, ale nie dał rady i musiał zawołać posiłki). Była policja, jakieś kary finansowe, te sprawy. Podobno nieoficjalnie Haratyk figuruje w tym dyskoncie jako „osoba, której nie obsługujemy”. W rzeczywistości jednak go tam obsługują, bo oficjalnie odmówić nie mogą, ale uprzykrzają mu życie jak się da. Różne mają na to sposoby (ale o szczegółach może innym razem).


Od tamtej pory, wszystkie warzywa kupuję w naszym osiedlowym warzywniaku. Słyszałem, że ochroniarze oglądali monitoring, żeby sprawdzić, dlaczego Haratyk wpadł w szał. Tuż przed całą akcją, Haratyk rozmawiał ze mną w kolejce, więc na wszelki wypadek, wolę się tam nie pokazywać (zwłaszcza, jak mam do kupienia pomidory).


Opowiadam o tym tylko dlatego, bo kilka dni temu dowiedziałem się, co spowodowało u Haratyka ten nieoczekiwany atak pomidorowej agresji. Byłem akurat w warzywniaku, kiedy to pani Sokołoska przedstawiła fakty osobom stojącym w kolejce (w tym mnie), a także właścicielce warzywniaka, która jej akurat brokuł do torby pakowała. Z opowieści pani Sokołoskiej wyłania się następujący obraz sytuacji.


Kilka dni przed nieudaną próbą zakupu pomidorów, Haratyk chodził ciągle (delikatnie mówiąc) wkurzony. Powód tego wkurzenia był taki, że o coś się tam z żoną pokłócili i zaraz po tej kłótni, żona zaczęła go jakoś śledzić. Podejrzenia Haratyka o bycie śledzonym wzięły się z tego, że jak gdzieś jechał, był korek i pojechał objazdem, to po powrocie żona od razu do niego: - A czemu to się taką i taką ulicą jechało?


I tak kilka razy w ciągu tygodnia było. Haratyk nawet skargę do operatora złożył, bo podejrzewał Mariolę (koleżankę żony), która u tego operatora pracuje, że go sprawdza i lokalizację jego numeru żonie przekazuje. Po tej awanturze przy kasie i pomalowaniu ścian pomidorami, wszystko się jednak wyjaśniło.


Haratyk kupił ostatnio nowy telefon. Jak go uruchamiał, to mu się nie chciało konta na stronie producenta zakładać, więc żona mu się na siebie zalogowała. Potem skorzystała z opcji „znajdź mój telefon” i w ten sposób męża kilka razy namierzyła, jak był poza domem. Haratyk dostał jakiejś paranoi, że jest śledzony i przez dłuższy czas żył w takim stresie, że kłopoty z pomidorami przy kasie samoobsługowej zdecydowanie go przerosły.


Pozytywne strony tej historii są takie, że żona Haratyka od tamtej pory jest dla niego bardzo miła i już kilka razy ugotowała mu na obiad jego ulubioną pomidorówkę. Pani Sokołoska miała ciekawą historię do opowiedzenia sąsiadom, ja zacząłem chodzić do warzywniaka (o plusach takiego rozwiązania pisałem ostatnio), a Haratyk do swojej bogatej kolekcji tytułów, dorzucił rekord w pchnięciu pomidorem w dwóch kategoriach: zwykłym oraz malinowym.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...