Przejdź do głównej zawartości

MOP

Kilka dni temu jechałem samochodem z Wrocławia. Zatrzymałem się na MOP Sięganów Południe, aby skorzystać z toalety, zjeść kanapki i trochę odpocząć. Poszedłem do WC, zrobiłem co trzeba i nagle z sąsiedniej kabiny wychodzi wielki, łysy facet i mówi:

- Panie, chodź pan coś zobaczysz!

Gość był naprawdę wielki. Ze dwa metry wzrostu i jakieś 130 kg wagi. Ubrany w spodnie moro i bluzę z napisem NASA.


Tak mnie zaskoczył, że stałem tam kilka sekund i miałem gonitwę myśli, co on może chcieć mi w kiblu (z którego właśnie wyszedł) pokazać. Jak się zapewne domyślacie, nie brzmiało to jakoś szczególnie zachęcająco i rodziło pewne obawy. Aby zyskać na czasie, rzuciłem krótkie:

- Ale co?

- Gówno! – wykrzyknął tamten i wybiegł z toalety.


Pisząc „wybiegł”, mam na myśli prawdziwy bieg. To nie żadna przenośnia. Facet z NASA biegł tak szybko, że prawie zabrał ze sobą drzwi wejściowe. Ledwo się w futrynie utrzymały. Pomyślałem, że jakiś wariat chyba. Jeździ po autostradzie i próbuje swoje odchody na MOP-ach pokazywać. Nieco spokojniejszy, poszedłem umyć ręce.


Do toalety weszła pani sprzątaczka. Powiedziała dzień dobry i poszła uzupełnić papier toaletowy. Akurat kiedy włączyłem suszarkę do rąk, wyskoczyła z kabiny, w której był koleś z NASA i krzyczy do mnie:

- I co pan tam narobił? Co to jest?!

- To nie ja – mówię odruchowo.

- Jak nie pan? Przecież tu nikogo innego nie ma!

- Był tu przed chwilą taki jeden pan. On korzystał z tej kabiny. Ja byłem obok.

- Tylko pan tu jest. Na parkingu jest tylko pana samochód. Nikogo innego nie było!


Pomyślałem sobie, że no trudno. Najwyżej zostanie mi przypisane zapaskudzenie publicznej toalety jakąś ogromną (biorąc pod uwagę rozmiary faceta z NASA) kupą. Chyba każdy czasami przeżywa coś takiego (zwłaszcza, jeśli pracuje w biurowcu). Postanowiłem zbagatelizować temat, wziąć kanapki z samochodu i posiedzieć w oddalonej o kilkadziesiąt metrów altance. Pani sprzątaczka przejęła się zdecydowanie bardziej. Zrobiła się blada jak ściana i jakoś tak dziwnie trzęsły jej się ręce. Może to na myśl o tym, że czekało ją wielkie sprzątanie?


Chwilę później, siedziałem w altance i kończyłem jeść kanapkę. Na parking wjechała wielka ciężarówka. Kierowca poszedł do toalety. Po kilkunastu sekundach wyskoczył stamtąd jak poparzony i wykrzykując głośno znane przekleństwo na „k”, pobiegł do samochodu. Odjechał z piskiem opon (co jak na ciężarówkę wydawało się prawie niemożliwe). Trochę mnie to zdziwiło, ale jakoś nie za mocno. Zacząłem akurat jeść drugą kanapkę i nie miałem ochoty myśleć o jakieś tam kupie wielkiego faceta z NASA.


Mocne zdziwienie (które ewidentnie rozwiało moje skupienie nad jedzeniem kanapki), pojawiło się w momencie, kiedy na parking wjechały na sygnale dwa wozy strażackie. Co prawda, już chwilę wcześniej słyszałem, że coś jedzie, ale nie spodziewałem się, że przyjadą akurat na ten MOP. Zatrzymali się w pewnej odległości od siebie. Z pierwszego wozu wybiegło pięciu strażaków, z czego dwóch z takimi wielkimi kilofami. Trzeci miał łopatę, a czwarty jakąś wielką torbę. Wszyscy pobiegli do męskiej toalety. Za nimi poleciał strażak z drugiego wozu. W ręku miał wielką piłę mechaniczną. Jeszcze inni biegali wokół budynku i krzyczeli coś do krótkofalówek lub jakiś innych urządzeń komunikacyjnych. Nie widziałem dokładnie, bo cały czas siedziałem w altance.


Próbowałem jakoś sobie racjonalnie wytłumaczyć to co widzę, ale szło mi kiepsko. Bo co byście sobie pomyśleli? Facet z NASA zrobił wielką kupę, którą chciał mi się pochwalić. Nie okazałem zainteresowania, więc wkurzył się i uciekł. Sprzątaczka próbowała spuścić kupę w toalecie. Kupa okazała się taka wielka, że utknęła gdzieś w kanałach. Coś się zatkało, jakaś rura pękła, szambo pewnie strumieniami leje się na autostradę, ruch wstrzymany, korek na kilkanaście kilometrów, wezwali strażaków i teraz próbują jakoś odetkać ten kibel. No co? Może brzmi niewiarygodnie, ale mielibyście lepsze wytłumaczenie?


Ja nie miałem. A z racji tego, że zjadłem już wszystkie kanapki, to postanowiłem, że tam podejdę i się tego strażaka w czerwonym hełmie zapytam. Stał akurat najbliżej mnie i rozmawiał z kimś przez telefon. Nie zdążyłem zrobić nawet kilku kroków, kiedy na parking wjechały radiowozy policyjne. Chyba trzy osobowe i jeden taki średniej wielkości bus. Zablokowali wjazd i wyjazd. Rozstawili kolczatki, jakieś słupki… Stałem tam kilka minut i już kompletnie nie wiedziałem co się dzieje.


Podszedłem do jednego z tych policjantów i się pytam:

- Przepraszam, co to jest za akcja?

- Proszę się odsunąć! Proszę wrócić tam, gdzie pan był!

- A czy mógłbym już odjechać?

- Nie można! Wyjazd zamknięty! Nikt nie może opuścić terenu!

- Ale tu jestem tylko ja. Tylko mój samochód stoi na parkingu. O tam. Wsiądę i sobie pojadę, ok?

- Proszę odejść i czekać!

Cóż było robić. Musiałem wrócić do mojej altany. Odchodząc, spróbowałem jednak jeszcze raz:


- Przepraszam, a może mi pan powiedzieć, co tu się dzieje? – zapytałem. Skoro mam obserwować akcję, to chociaż chciałem wiedzieć, czy moje podejrzenia dotyczące wielkiego faceta z NASA są słuszne.

- Proszę odejść! Nie udzielamy informacji!

- Czy to jakaś awaria kanalizacji?

- Jakiej kanalizacji…?

Policjant dalej już nie odpowiedział, bo ktoś go zawołał i pobiegł w stronę radiowozu.


Usiadłem w mojej altance i zacząłem się zastanawiać, po co strażakom kilofy i piła mechaniczna do zapchanego kibla? Co oni będą tam robić? Odetną kibel piłą, a następnie będą przepychać rurę tymi kilofami? Z czego niby jest ta kupa faceta z NASA? Z betonu?


Moje rozważania zostały przerwane przez narastający dźwięk helikoptera. Nie wierzyłem własnym oczom, ale na zabezpieczonym przez policjantów parkingu, wylądował wielki, wojskowy helikopter. Nie wiem jaki to był model, bo się nie znam. Wyglądał jak duży transportowiec. Wyskoczyło z niego kilkunastu żołnierzy. Niektórzy mieli w ręku broń. Zabezpieczyli teren jak na filmach. Pozostali pobiegli do męskiej toalety i zanieśli tam jakieś skrzynie.


Teraz to już kompletnie zdębiałem. Ekskrementy wielkiego faceta z NASA nie tylko wstrzymały ruch na autostradzie, ale jeszcze wywołały epidemię! Bo jak to wszystko inaczej racjonalnie wytłumaczyć? No jak?


Przez następne kilkanaście minut mój mózg próbował ogarnąć to, co się dzieje. Sam już nie byłem pewien, czy to rzeczywistość, czy może jakiś film. Po mniej więcej kwadransie, z toalety wyszli strażacy, a za nimi żołnierze. Oprócz skrzyń, nieśli jeszcze coś w dużym, czarnym, foliowym worku. Zapakowali to do helikoptera i odlecieli. Policjanci odblokowali parking i razem ze strażakami w pośpiechu odjechali.


Niewiele myśląc, wsiadłem do samochodu i ruszyłem w drogę do domu. Kiedy wieczorem siedziałem na kanapie ze szklanką whiskey w ręku, pomyślałem sobie, że może trzeba było jednak zobaczyć to coś, co chciał mi pokazać w toalecie wielki facet z NASA.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybory, naga Indianka i bębenek

Przy okazji zbliżających się wyborów, przypomniała mi się taka oto historia. Otóż… wziąłem udział w nietypowym wiecu politycznym. Do dzisiaj nie wiem, czy to był wiec poparcia, czy też może protestu i niezadowolenia. Ale o szczegółach za chwilę. Rzecz wydarzyła się w 2007 roku w Mexico City. Osiem osób z naszej dziesięcioosobowej ekipy (z którą włóczyłem się po Meksyku przez trzy tygodnie), pojechało do muzeum Fridy. Ja i Grzesiek mieliśmy inne plany i postanowiliśmy połazić trochę po okolicy. To był nasz ostatni dzień pobytu w tym mieście i późnym wieczorem mieliśmy pojechać autobusem do Oaxaca. Z Grześkiem zakumplowałem się już na początku wyprawy. Nie znaliśmy się wcześniej. Ja byłem tuż po studiach, a Grzesiek był panem w średnim wieku. Miał żonę, syna i był właścicielem małego hotelu w Gdyni. Poza tym, zajmował się graniem na giełdzie w Tokio, Londynie i Nowym Jorku. Robił też jakieś interesy z Chińczykami. Połączyło nas wspólne zamiłowanie do włóczęgostwa (lub jak kto woli włóczy...

Billingi, rakiety kosmiczne i mariachi

Pracuję zdalnie w moim pokoju, okno otwarte na oścież bo gorąco i nagle słyszę krzyk: - Marlena! Marleeenaaa! Wyglądam przez to okno i widzę, że jakiś człowiek stoi pod naszym blokiem i się drze: - Marlenaaa! Przepraszam! No nie bądź taka! Długo to jednak nie potrwało, bo sąsiad spod 12 (pan Mikołaj) wychylił się przez balkon i w kilku niecenzuralnych słowach kazał krzyczącemu przestać. Pan Mikołaj nie jest bynajmniej kojarzony u nas ze świętością i prezentami. Jego przeszłość i wygląd budzą strach nawet u największych twardzieli (ale o tym może innym razem). Krzykacz szybko zakończył swoją nieudaną serenadę i uciekł. Zdarzenie to, nie zwróciłoby mojej szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że dwa dni później dowiedziałem się, za co ten krzyczący próbował przeprosić. Nie to, żebym jakoś specjalnie szukał takich informacji, ale podczas wizyty w warzywniaku, usłyszałem jak opowiadała o tym pani Kretowska. Tylko nie pomyślcie sobie, że podsłuchiwałem. Przebywając w promieniu kilku metrów od p...

Fryzjer

Byłem jakiś czas temu u fryzjera. Mały, jednoosobowy zakład w okolicznej miejscowości. Strzyżenie tylko męskie, a organizacja pracy w starym stylu. Nie ma zapisów i umawiania się na konkretną godzinę. Idziesz i czekasz w kolejce. Jak masz szczęście i jest mało osób, to siadasz na kanapie. Jak jest więcej niż cztery, to stoisz pod ścianą. Może niezbyt wygodnie, ale za to solidnie i tanio. Pojechałem tam od razu po pracy. Było już późne popołudnie, a wewnątrz cztery osoby oczekujące. Wchodzę zatem do środka i pytam: - Można jeszcze dzisiaj? Fryzjer zerknął na mnie jednym okiem (drugie cały czas patrzyło na głowę obecnie strzyżonego klienta), zmierzył mnie od dołu do góry i rzucił krótko od niechcenia: - Można. Stanąłem pod ścianą, wyciągnąłem książkę z plecaka i zacząłem czytać. Na kanapie siedział jakiś młody chłopak, wielki facet ze złotym łańcuchem na szyi oraz dwóch starszych panów (jeden z laską, a drugi bez). Młody chłopak i facet z łańcuchem patrzyli w telefony, a starsi panowie p...